JAK PUNK, TO PUNK. OPOWIEŚĆ SKRZYPKA
Był jednym z mocniejszych punkowców warszawskiej załogi lat 80. Kiedy pojawiał się na koncercie w Remoncie to już z daleka rzucał się w oczy fryzurą na irokeza i radykalnym punkowym imidżem. Wszyscy widzieli, że to Skrzypek. Siedzimy w bistro Bazar na Jagiellońskiej. Ma sześćdziesiąt cztery lata, krótkie włosy, szarą bluzę z kapturem, czarne glany, zielonego flajersa i łańcuch na szyi. Jest jedenasta, w barze są tylko dwaj goście, wyglądają na tubylców i piją piwo. Barman usiadł z nimi i je śniadanie. Lokal ma taki wystrój, że równie dobrze mógłby to być Londyn, albo Berlin. Za oknami widać jednak niewyremontowaną przedwojenną praską kamienice. Nad napisem „Solarium” zamontowana została na niej metalowa siatka, która zabezpiecza przechodniów przed odpadającymi fragmentami elewacji. Na trzecim piętrze papierosa pali facet w okularach. Kiedyś w kamienicy były balkony. Teraz ten facet jest oparty o kratę, która została wmurowana tuż za drzwiami balkon...