Oblężenie na Stalowej


 

O zadymie na imprezie na Stalowej krążyły legendy. To wydarzyło się późnym latem 1990 roku. Rozmawiamy w styczniu 2026 roku z Darkiem. W śmietance towarzyskiej artystycznej i muzycznej Warszawy znany był wtedy szeroko jako Cókierek. Wraz ze swoją dziewczyną Grażnieff i jej synem mieszkali w wynajętym lokalu. Siedzimy nad herbatą w knajpie „Pod Karpiem” przy Stalowej 37. To było nad nami. Na czwartym piętrze. Od dawna mieszka tam nasza koleżanka Tamara. 


Autor: Alex Kłoś

Dużo ludzi przyszło?
Jakieś 200 - 250 osób się pewnie przewinęło.
Jak to zaczęło?
Ta zadyma?
Jo. 
To mogło być nagrane. Dowiedziałem się o tym przypadkiem z piętnaście lat później podczas rozmowy w jednym z barów na 11 Listopada. Ja się o tej imprezie dowiadywałem piętnaście, dwadzieścia lat później tego, kto tam był i co się tam działo. To była układanka.
Zacznijmy od mieszkania.
Duży lokal. Chyba ponad sto metrów. Wynająłem go za śmieszną kasę od mojej koleżanki. Mieszkaliśmy tu z moją ówczesną dziewczyną Grażnieff i jej malutkim synem.
Nie obawiałeś się mieszkania na Stalowej?
Ja się wychowywałem na Bródnie. To w latach 70. i 80. było bardzo „gitowskie” osiedle. Znam trochę grypserę i jak się zachowywać, więc wydawało się, że mnie nikt nie skoczy i nie zaskoczy (śmiech). Także w ogóle się nie bałem tu mieszkać. Byłem zaskoczony i zastanawiałem się dlaczego to się stało?
Na mieście krąży wersja, że lokalsi zaatakowali tę imprezę, bo nie pozwolono im wejść na imprezę i ich to ukłuło.
- Opowiem w schemacie. Wszyscy byliśmy na koncercie Apteki na Zaciszu w Exicie i całe towarzystwo stamtąd się przeniosło do nas na Stalową. Poszła informacja w miasto, że jest balanga i ludzie zaczęli się zjeżdżać. Sam wiesz jakie były wtedy imprezy. Na mieście były trzy kluby na krzyż i ludzie tłumnie bawili się w domach.
Przypomnij to jak roznosiły się po mieście informacje o imprezach.
Przez telefony stacjonarne. Ktoś zadzwonił, ktoś kogoś spotkał, ktoś komuś powiedział i leciało. Naprawdę szybko. No i to generalnie była normalna balanga. I w pewnym momencie wyszło na klatkę czterech chłopaków: Ludwik, Marcin, Paweł i Rafał. Najprawdopodobniej poszli zajarać i stanęli na półpiętrze. Z dołu przyszło sześciu gości rozebranych do pasa. Zrobiło się ciasno i od razu zaczęli ich bić. Leoś dobrze się uchylał i facet nie za bardzo mógł go trafić, zbił więc szybę, wyjął kawał szkła i wyprowadził cios w kierunku szyi. Ludwik się zasłonił, ale szkło przecięło mu żyłę na zewnętrznej stronie nadgarstka i ostro poleciała krew. Ci goście zeszli na dół, ale wcześniej powiedzieli: „My tu jeszcze wrócimy”. Rafał ucierpiał też dotkliwie. Ludwik zaordynował cięcie linki, na której suszyliśmy pranie i tą linką zawiązał sobie rękę i zahamował krwawienie. A potem wsiadł w swój samochód, którym przyjechał i ruszył na pogotowie. Tam mu tej ręki nie zaszyli, a zakleili plastrami.
Po tej akcji zjebała się atmosfera. Więc powiedziałem: „Koniec balangi. I fruu, do domu”. No i parę osób poszło. Głównie ludzie z Warszawy, którzy wiedzieli, że to Praga i lepiej się zmywać. Ale sporo osób zostało. No więc powiedziałem, dobra, to możecie sobie zostać do rana, tylko żeby nie za głośno muzykę puszczać. I poszedłem spać. To było wielkie mieszkanie, położyłem się w jakimś pokoju.
Kto pojawił się na tej imprezie?
Tam był top miasta. Full muzyków, modelki, artyści, bardzo dużo ludzi, ale po latach nie pamiętam kto dokładnie był, bo w sumie mógł być każdy. Myślałem, że ty byłeś.
No właśnie nie byłem. 
Nie dotarłeś tym razem. Kiedyś nie sprawdzało się na drzwiach kto wchodzi. Jak była balanga, to wszyscy wbijali z ogonami. Było parę zespołów. Nie pamiętam dokładnie jakich. Była na pewno Apteka. Taki nowofalowy zespół Ziyo pamiętasz?Kapela z Tarnowa.
Oni przyszli na imprezę po jakimś koncercie razem ze swymi „gruppieskami”.
A ty poszedłeś spać.
Tak. I po jakimś dłuższym czasie ktoś mnie budzi. Jestem nieprzytomny, nieco napity, ktoś mnie trzęsie, a ja mówię: „Weź, no co ty, odpierdol się. Już po imprezie!”. Ale patrzę, a to jakiś chłopak do mnie mówi: „Darek, które meble można rozkładać? I które krzesła można połamać, bo oni tutaj zaraz wejdą z nożami i siekierami i nas zajebią. Bo właśnie drzwi nam rozpierdalają.”. Mówię: „Co?!”. Patrzę, że drzwi są zastawione meblami, kredensami, szafami, żeby oni się tu nie dostali, bo jakby wjechali to byłaby masakra. Zanim ludzie zabarykadowali drzwi to kolesie wbili nóż przez wizjer. To były solidne drzwi. Grube, obite metalem. A oni starali się przez nie przebić siekierami. Walili jakby się nawciągali: jeb, jeb, jeb! Okazało się, że jest centralne oblężenie. Jedna ekipa forsowała drzwi, a druga próbowała wspinać się od podwórka po balkonach.



Wspinali się po balkonach?
To było trudne, bo zajęli balkon na pierwszym piętrz, a następny jest wysoko i są tylko okna. A ci bez koszul z gołą klatę i z nożami w zębach próbowali jednak iść w górę.
Jak piraci.
Zanim zaczęli się wspinać odcięli nożem telefony. Kabel szedł po elewacji. Laski krzyczały, żeby zagotować wrzątek i na nich lać, ale w końcu tego nie zrobiły. Połamaliśmy krzesła, żeby bronić się ich nogami. Jeden z najebanych kolesi miał pomysł, że jak im się wyrzuci marychę to się uspokoją. Ja starłem się to zamieszanie ogarnąć. Dwie dziewczyny ponoć zemdlały ze strachu. 
O Jezus…  
Powiem ci tak, wszystkie balangi, na których byłeś to jest śmiech. 
Czemu zaatakowali? 
Po tej pierwszej zadymie na klatce część ludzi wyszła i między innymi wyszły dwie dziewczyny. Prawdopodobnie „groupies” Ziyo. Wyszły na moment na fajka na dół, żeby po tych wszystkich emocjach odetchnąć. Dorwali je dwaj żule. Złapali je nożami pod szyją i poprowadzili przez park w stronę Inżynierskiej i generalnie nad Wisłę, żeby je tam zgwałcić i się zabawić. Jak się zbliżyli do Inżynierskiej to się pokłócili. Nie wiem czy o wódę, bo pili wódę z butli, czy o to kto będzie z którą. Zaczęli się przepychać i akurat fartownie przejeżdżała taksówka, co w tamtych czasach nie było takie proste. One wbiły się do tej taksówki i jakimś cudem trafiły z powrotem. Jak te laski wróciły to ludzie myśleli, że one coś bredzą. No bo jak to porwali, a one uciekły?... Wszyscy byli „rozbawieni”, bo to przecież była balanga. A ci bandyci prawdopodobnie się wkurwili, że te dziewczyny umknęły im sprzed nosa i skrzyknęli ziomków. Łącznie potem było ich pięciu, czy sześciu. Wielkie napakowane żule. W jakimś kompletnie chorym amoku. 
Ile to trwało, pół godziny?
Dłużej.      
Skoro nie było telefonu to jak wezwaliście policję?
To jest mieszkanie na dwie strony. Okna od Stalowej i od podwórka. Był środek nocy. Na ulicy pusto. Dziewczyny krzyczały przez ulicę: „Pomocy! Ratunku!”. Jakieś dwie panie miejscowe wychylały się po drugiej stronie i odkrzykiwały: „Jak się możecie bawić i kurwić całymi dniami, to niech was zajebią”. Zaczęły więc krzyczeć: „Pożar!”. W końcu usłyszała to wołanie mama naszej koleżanki, która jak się okazało mieszkała w kamienicy obok i to ona wezwała policję. Przyjechali nad ranem. Jak przyjechali to nie mieliśmy siły tego kredensu odsunąć, bo nam zeszła adrenalina. Weszli do środka i powiedzieli, że musimy opuścić mieszkanie, bo tamci wrócą i że oni mogą tylko nas wszystkich wyeskortować poza teren. Zapakowali nas do suki. Ludzie jechali razem z dwoma bandziorami, których zgarnęła policja. Odwieźli nas pod pomnik czterech śpiących. I tak zostawili, nadal na Pradze. Przeszliśmy na lewy brzegu miasta i następnego dnia wróciliśmy złożyć zeznania na komisariacie na Cyryla Metodego. Złożyliśmy zeznania i jak trzeba je było podpisywać to gość nam powiedział wprost: „Myśmy ich złapali i dostaną z buta minimum siedem lat”. Ja na to: „OK”. Bo nie jestem jakiś mściwy, ale to był hard core. A wtedy ten policjant do nas: „Słyszałem, że macie państwo roczne dziecko? Nie jesteśmy w stanie dać wam całodobowej ochrony”. A ja na to: „Co pan zatem sugeruje?”. Na co on spojrzał znacząco:  „Nic. Tylko mówię”. No więc pytam: „A co z tymi dziewczynami, co je porwali?”. „One wycofały zeznania”. „A ten pocięty?”. „Nie mieliśmy z nim kontaktu”. „Aha, to skoro tak, to my też nasze wycofujemy”. Wróciliśmy tam tylko po rzeczy. I tak to się zamknęło.
A czemu miało to być nagrane?
Po piętnastu latach się dowiedziałem, że to było mieszkanie komunalne i ktoś chciał wystraszyć najemców i je przejąć. Ktoś wynajął bandytów, a oni się pewnie za bardzo nachlali i nawciągali i pojechali za szeroko. Ale to jest teoria. Później po latach wokół tej imprezy zaczęły krążyć różne fantastyczne legendy i opowieści. Dowiedziałem się, że ze dwie, trzy osoby dostały już łomot jeszcze przed wieczorem, w ciągu dnia pod kamienicą, idąc na tę imprezę.

Epilog?
Przez dwa tygodnie środkiem Stalowej chodziły patrole z kałasznikowami.    

   

           Foto: Adrian Grucyk


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Apaszem Stasiek był. Opowieść o Staśku Wielanku

Rozmowa z truckerką Aleksandrą Kun