126p, wszystko możesz mieć
W PRL posiadanie samochodu było w zasadzie biletem do klasy średniej. Pamiętam doskonale czasu, gdy nie wszyscy mieli telewizory i chodziło się na telewizję do sąsiadów. M3 i samochód było pierwszym szczeblem, środkowym działka, a górnym dom jednorodzinny. Czyli willa. Albo ciut niżej - bliźniak. Wyżej byli badylarze, właściciele film polonijnych i partyjni bonzowie.
Pierwszym autem dla Kowalskiego była Syrenka. Prymitywna dwusuwowa blaszanka budowana na warszawskim Żeraniu. Wszystko zmieniło się gdy 28 listopada 1967 rok z taśmy w tej samej fabryce zjechał licencyjny Polski Fiat 125p. „Kanciak” był autem zachodnim, stylowym i doskonale się prowadzącym. Miałem w połowie lat 90. przyjemność przez dwa lata nim pojeździć. Czadersko było zwłaszcza zimą. Miał tylny napęd i kapitalnie się nim driftowało. Wtedy był już trochę reliktem. W latach 70. furę wypasioną i nie na pierwszą lepszą kieszeń, a Polacy pilnie potrzebowali samochodów. To zrodziło pomysł zamknięcia narodu w małym i tanim aucie, na które mogłyby by sobie pozwolić miliony rodzin. Pojawił się kolejny Fiat, tym razem małolitrażowy 126p. „Maluch”. W Bielsku Białej i Tychach od 1973 do 2000 roku wyprodukowano 3 318 674 maluchów! Mniej więcej co dziesiąty Polak miał to auto. Nigdy nie wiadomo było kto akurat siedzi za kierownicą. Każda z osób pamiętających PRL ma jaką przygodę z maluchem. I nie jedna pamięta dowcip: czym się różni maluch od mercedesa? Niczym - w obu przypadkach strefa zgniotu kończy się na silniku. Czytelnikom nie pamiętającym konstrukcji 126p wyjaśniam, że silnik był w nim ulokowany za tylną kanapą. Bagażnik był z przodu, tam gdzie mercedes ma silnik. W późnej fazie produkcji pojawił się wariant z silnikiem z przodu, ale to był łabędzi śpiew.
Moja najmocniejsza przygoda z maluchem wydarzyła pewnego letniego wieczoru. Ile miałem wtedy lat? Dwanaście, może już trzynaście. To mógł być 1978 albo 79 rok. Schyłek kolorowej epoki Gierka. Czasów Studia 2, Świąt „Trybuny Ludu”, kaskaderskich rewii na Stadionie X Lecia, złotych przebojów Maryli Rodowicz i Krzysztofa Krawczyka. Maluchami jeździło pół Polski, produkcja szła masowo i nietrudno było dostać w miejscu pracy albo zamieszkania przydział na ten samochód. Przydział był kluczem, bo dopiero mając go w garści można było uderzyć do Polmozbytu. Sieci państwowych przedsiębiorstw dzierżących monopol na handel samochodami, częściami zamiennymi i na serwis. Moja mama dostała przydział w pracy w szpitalu i zaczęliśmy w trójkę jeździć ciemno niebieskim fiacikiem. Prowadziła mama, bo na razie tylko ona miała prawo jazdy. No i właśnie tamtego wieczoru wydarzyło się coś co wyszło poza skalę. Kompletnie. Jechaliśmy Aleją Władysława Reymonta. Odcinkiem pomiędzy Broniewskiego i Żeromskiego. Panował jak zwykle spory ruch. Siedziałem z tyłu i z zainteresowaniem obserwowałem sytuację. I nagle dostrzegłem biegnącego mężczyznę. Z każdą sekundą robił się coraz większy i większy, wyglądało to irracjonalnie. Nagle znalazł się tuż obok. A potem… Bum!!! Rzucił się nam na maskę. Huk był gigantyczny. Szok absolutny.
Mama wcisnęła ostro hamulec i zatrzymaliśmy się na środku ulicy. Siedziałem skulony z tyłu i pierwszą rzeczą jaka zwróciła moją uwagę były kawałki potłuczonej szyby. Dziwne w dotyku. Potem się podniosłem i zobaczyłem młodego mężczyznę leżącego na asfalcie. Był zakrwawiony, nie ruszał się i wyglądał jak trup. Wyszliśmy z auta. Ojciec powiedział potem, że był przekonany, że on nie żyje. Zrobiło się zamieszanie. Zatrzymał się ruch. Naprzeciwko stał Żuk, który zalewał go swoimi światłami. Szybko pojawiła się milicja i karetka pogotowia, która zabrała samobójcę do szpitala bielańskiego.
Milicjanci byli bardzo w porządku i przymknęli oko na drobne przekroczenie szybkości. A facet który wykonał skok na nasze auto, jak się okazało otrząsnął się i zwiał z izby przyjęć. Był pijany. Szedł po chodniku z dziewczyną i ona podobno powiedziała mu, że z nim zrywa. Na co on postanowił ze sobą skończyć. To był operator kamery w TVP. Nie wiem co się z nim potem działo. Moja mama zaliczyła tak monstrualną traumę, że przestała w ogóle siadać za kierownicą. Ja miałem przez jakiś czas lęki i kiedy jechałem samochodem przejeżdżającym obok stojących pod światłami pieszymi, to bałem się, że ktoś się rzuci pod koła. Po remoncie rodzice sprzedali malucha. Bo pechowy.
Opisałem tę historię na Facebooku i szybko dostałem komentarz od Ani: „Niesamowite, bo miałam osobiście też taki przypadek samobójcy jadąc fiacikiem. Też przeżył”.
A potem rozwiązał się worek z historiami…
Marcin
Moi rodzice prowadzili w latach 80. mały bar. Ojciec całe zaopatrzenie
robił maluchem, codziennie jeździł po hurtowniach i coś tam przywoził. Dostaw
wtedy nie było, trzeba było pojechać samemu i znaleźć, co potrzeba. Pewnego
zimowego dnia ruszył po wino. Na siedzeniach z tyłu i obok na fotelu pasażera
miał 10 skrzynek z butelkami po winie do zwrotu. Swoją drogą recykling był
wtedy stuprocentowy, nie przywiozłeś butelki na wymianę - dopłacałeś. Nie było
zimno, koło zera, ale matka wymusiła na nim, żeby założył budrysówkę, czyli taką
kurtkę z grubego sukna z kapturem i kościanymi guzikami. Nie chciał, bo mu było
w niej niewygodnie prowadzić, ale nie poradzisz. Jeszcze się zaziębisz, masz
założyć i koniec. Chciał jechać Mostem Gdańskim na Pragę. Spieszył się. Tuż
przed wjazdem na most, tam gdzie tramwaj zjeżdża w wykop na dolny poziom, wpadł
w poślizg, walnął bokiem w krawężnik, dachował i sturlał się po zboczu nasypu
na tory tramwajowe. Zrobił trzy koziołki, miksując się z dwustu butelkami po
winie, zielonymi i brązowymi. Samochód stanął na torach i na kołach. Na
szczęście nie jechał żaden tramwaj. Ojciec wysiadł. Podczas pierwszego koziołka
kaptur spadł mu na głowę i zasłonił twarz. Kompletnie nic mu się nie stało.
Kurtka była cała pocięta, samochód do wyrzucenia.
Paweł
Na
przełomie 1982 i 1983 roku sprzedaliśmy dom w Pyrach i mieszkaliśmy u babci na
Dąbrowskiego. Dom był sprzedany, ale zostały tam jeszcze nasze rzeczy. Ktoś
mamie powiedział, że to gratka dla złodziei i że warto tam zapalić światła.
Zadeklarowałem się, że pojadę. Oczywiście nie miałem prawa jazdy, ale miałem
kluczyki do malucha matki. To był późny wieczór. Ruszyłem. Po drodze, na
postoju taksówek, zobaczyłem ładną dziewczynę. Zatrzymałem się. Chciała dostać
się na Saską Kępę. Ok, zabrałem ją. Po zjeździe ze ślimaka Trasy Łazienkowskiej,
już pod mostem stała milicja i zatrzymywała wszystkich. Stanąłem nie gasząc
silnika. Jak niebieski nachylił się zaglądając do innego pojazdu - gaz do dechy
i w długą. Zaraz po skręcie w Zwycięzców zgasiłem światła i wjechałem na
parking za blokiem. Złapałem dziewczynę za głowę, żeby nie było nas widać.
Milicja ścigająca nas zatrzymała się na moment, ale pojechali dalej. Dziewczyna
wyskoczyła, a ja przez Żoliborz i daleką Ochotę jechałem do Pyr, bo ubzdurałem
sobie, że w Śródmieściu polować będą na czerwonego malucha. Inna przygoda z
maluchem wydarzyło się na sylwestra 1987/88, albo 88/89. Miałem
już prawo jazdy. I miałem przyjechać z Zakopanego na imprezę Sylwestrową na
Wyczółkach. Do starego dworu „Dziedzica" czyli Andrzeja Beręsewicza. Oostre
imprezy tam były, bardzo często ekipa Manaamu i sporo innych ekip. Często
pojawiła się Andrzej Turalski, czyli Tural.
Człowiek legenda. Miałem ruszyć po południu, ale okazało się, że jest dziura w
zbiorniku. Znalazłem warsztat, to był cud, bo to była sobota i Sylwester! Wspólnymi
siłami z mechanikiem zainstalowaliśmy kanister na dachu - w pionie!. Wywierciliśmy
dziurę i rurką doprowadziliśmy paliwo do gaźnika. Kanister do pełna i ruszyłem.
W Poroninie skończyło się paliwo. Okazało się, że mechanik zapomniał zamknąć
tak zwany powrót - nadmiar paliwa z gaźnika wracał do zbiornika - tego
dziurawego. Jakoś to - przy pomocy przygodnej pary zdążającej już na imprezę,
naprawiłem, zdobyłem jakoś paliwo i ogień do Warszawy. Umorusany w smarach,
zmęczony dojechałem kilkanaście minut przed północą na Wyczółki. Chciałem tylko
wejść przywitać się i jechać do chaty. Ale zobaczyłem JĄ! 178cm wzrostu, blond
do pasa i najpiękniejsze nogi w Polsce! No i pojechałem do chaty, umyłem się,
przebrałem. A potem byliśmy razem ze dwa lata... Romantiko było.
Olek
Mój znajomy pojechał z koleżanką do pustego mieszkania po starszych ludziach. Zapakował kilka worków rzeczy i wsiedli w jej malucha. Zażył też LSD. Policja zatrzymała ich do kontroli. Akurat wtedy mu wchodził kwas. Jakoś się udało i pojechali dalej.
Krzysztof
Na moście Poniatowskiego zepsuły się w moim maluchu hamulce i do samego
domu hamowałem kołem o krawężnik. Jak dojechałem, to go zostawiłem i
sprzedałem. Trochę wcześniej wysiadły wycieraczki i ja prowadziłem, a Czombe
przez okno pasażera odgarniał śnieg zwykła szczotką. [red. – Czombe to
gitarzysta punk rockowy, który grał w Deuterze]
P.S. Na Białołęce widziałem malucha z zamontowanym pługiem do odśnieżania.
Andrzej
Jeździliśmy 6 osobową rodziną z kompletem Windsurfingów nad morze …i się
dało
Paweł
Na koloniach z dzieciakami przenieśliśmy malucha dyrektora ośrodka.
Ukryliśmy go 50 metrów dalej za budynkiem.
Maciej
Pojechaliśmy z rodzicami i ze znajomymi do Bułgarii, dwoma maluchami.
Znajomi wjechali na kanał na granicy, bo celnicy czegoś tam szukali od spodu -
nie wiadomo czego. Wpadli bokiem do kanału. Dość ciężko było ich wyciągnąć.
Paweł
Robiliśmy rekord tego ile osób przewiezie maluch. Okazało się, że siedemnaście. Ale po pierwsze: byliśmy
szczupli w latach 80. Po drugie: chyba połowa to były dzieciaki. Po trzecie: wiele z osób siedziało na masce i dachu. Po czwarte: to nie było w
ruchu miejskim tylko w zabitej dechami wsi Antoniówka. Więc jako rekord to nie
całkiem się liczy, gdyż obserwatorów Guinnessa, którzy w dobrej wierze
przybyli, nakarmiliśmy psylogrzybami. Do tej pory mi wstyd.
Ryszard
Kijek. Był niezbędny wyposażeniem w najstarszych 126p. Kluczyk nie
uruchomiał rozrusznika, jedynie włączał prąd. Do rozrusznika (oraz ssania) były
wajszki pomiędzy fotelem kierowcy i pasażera. Ale linka pomiędzy wajszką i
rozrusznikiem jakoś często się zrywała. Do drugiej wajszki - przy rozruszniku
był dostęp przez tylną klapę. Potrzebny był do tego ok. 80 cm. kijek. Trzeba
było przekręcić kluczyk, włączyć ssanie , z kijkiem udać się na tył, popchnąć
kijkiem wajchę od rozrusznika. I fruuuu!
Kasia
1987-1989 woziłam różne towarzystwo z imprezy na imprezę (sama nie piłam
wtedy bo byłam zajarana prowadzeniem samochodu). Siedzenia z przodu było non-stop
przesuwane do przodu/do tyłu, bo towarzystwo się ciągle pakowało i wypakowywało.
Pewnego razu przy ostrym hamowaniu poleciałam mocno do przodu razem z fotelem
kierowcy, który wypadł z prowadnic. Fajtnęłam na plecy razem z fotelem, a nogi
znalazły się na kierownicy. Żałuję, że nie widziałam miny kierowcy z auta obok,
który niezwłocznie ruszył na pomoc. Śmiechom nie było końca, To był piękny
stary model, granatowy z chromowanymi zderzakami, beżową tapicerką. Podobno był
wykonany na zamówienie jakiegoś ministra jako prezent dla córki. Kosztował 250 dolców i miał nawet z tyłu
popielniczki. Oj, jarało się wtedy w samochodach!
Wojtek
Rano stuk-puk do drzwi.
- Kierowniku, my już jesteśmy. Pieniążki poprosimy.
Kolega patrzy, drapie się po głowie:
- No spoko, ale gdzie jest silnik?
- No jak to gdzie? Stoi na podwórku.
Kolega patrzy - stoi Maluch. Czerwony, pachnący, jeszcze folie na odbiciach.
Pyta grzecznie, bo chłopak z dobrego domu był:
- Panowie, ale gdzie jest mój silnik?
A spec odkręca fajkę z ust i mówi:
- Kierowniku… za te pieniądze, to my ci nie będziemy silnika wyciągać. Masz Malucha, to se sam go z niego wyjmij.
Kurtyna.
Wojtek
Znałem dwóch facetów, przyjaciół z podwórka i niezłych freaków. Jeden w
dresie, łysy z dziarami itp. Całymi dniami przesiadywał na ławce, palił szlugi
a w przerwach grywał z dzieciakami w piłkę aby wieczorem wróciwszy do domu....
grać na skrzypcach. To nie żart. Drugi z dredami, mnóstwem kolczyków, a na
ciuchach multum naszywek z nazwami kapel. Wsiedli w rozpadającego się,
pordzewiałego malucha na łysych oponach i ruszyli na zachód celem dojechania do
Holandii by Coffee Shopy zobaczyć i przywieźć pamiątki dla licznego grona
przyjaciół i znajomych. Od których to na zakup pamiątek z Amsterdamu pobrali
stosowne zaliczki. Wyprawę zakończyli już za Gorzowem Wlpk. na Odrze bo
niemiecka SG z nieznanych powodów nie przepuściła ich dalej.... Panowie byli
święcie przekonany i chyba do dziś żywią przekonanie, że „ktoś z osiedla
podpierdolił ich służbom” iż jadą po grzyby i jointy a nie do muzeum Van
Gogha.....
Łukasz
Na 17-te urodziny dostałem od mamy używanego (wcześniej przez nią). Gdy
zdałem prawko to uśmiechnięty od ucha do ucha wracałem nim z każdego z
egzaminów maturalnych, bo bardzo dobrze mi poszły. Czułem ogromną ulgę, gdy wkrótce
potem sprzedałem ten przemieszczacz, bo to może było normalne auto w latach 80-tych,
ale w 90-tych już nie.
Kuba
Lata 80. Zimowy wieczór, parking przy ul. Okrąg. Wychodzimy z mamą i siostrą od ciotki, która do dziś mieszka w bloku obok. Parking jest pełen aut, a nasz maluch stoi zastawiony przez jakąś skodę, pewnie 105. Obok przy Ludnej jest komenda, mama szybko kombinuje żeby milicjanci pomogli ustalić kierowcę albo jakoś pomóc. Nie pomyliła się, pomogli. Na moich oczach czterech chłopa w mundurach milicyjnych wzięło sprawy w swoje ręce. Podnieśli malacza i dziarsko przefrunęli nim nad skodą, ustawiając go obok gotowego do jazdy na kołach. Szok i niedowierzanie.
Paweł
1985 rok. Wakacje. Lipiec/sierpień - 6000 km pistacjowym Maluchem z
rozkładanymi, przednimi siedzeniami i małą przyczepą bagażową (jazda + spanie)
na trasie:
Warszawa - Bruksela - Paryż - Lyon - Avignon - Aix en Provence - Marsylia -
Tulon - Saint Tropez - Cannes - Antibes - Nicea - Monte Carlo - Mentona - Saint
Paul de Vence - Grasse - Gorges du Verdon/Grand Canyon - Roussillon - Gordes -
Cavaillon - Orange - Paryż - Warszawa.
Wzbudzaliśmy sensację - była sesja foto na Boulevad Lech Valesa w Nicei - flaga
Solidarności, itd
Mieliśmy zapas części, ale kiedy pękł nam drugi pasek klinowy, to założyliśmy
pończochę, a potem drugą i tak dojechaliśmy do serwisu Fiata gdzieś w
Prowansji
W Monte Carlo zaparkowaliśmy tuż przy wielkich drzwiach garażowych w małej
uliczce pod pałacem i akurat wtedy wyjechał Rolls Royce z tablicą
rejestracyjną: MC 0001. Kierowca w czapce i liberii uchylił okno i pokazał
podniesiony w górę kciuk.
Alicja
Kolega Maryś wymontował przednie siedzenie i prowadził z tylnego. Na
światłach widziałam, jak kierowca wycierał sobie szybę z tyłu.
Tomek
My kiedyś wracaliśmy nawaleni moim maluchem. Kierował sierż. Dudek.
Mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi, ale nas wzięło i robiliśmy show, ku
wściekłości kierowcy. Złapali nas od razu przy Narodowym. Uratowała nas blacha kolegi
Małgorzata
Moi przyjaciele w 1989 roku pojechali maluchem do Niemiec. Tam im się zepsuł.
Ściągnęli ich do warsztatu i kazali przyjść następnego dnia. Gdy przyszli to dostali
od właściciela zakładu wolkswagena, bo nie mógł patrzeć jakim oni autem jeżdżą
i do Polski wrócili fajnym autem.
Maciej
Na Kubie maluchy nazywają polakito, albo czopek. Dlaczego? Bo razem z
samochodami nie sprowadzano części, więc jak się zepsuł to mówili, że można
sobie go do dupy włożyć
Grzegorz
W dwie dorosłe osoby plus ja jako nastolatek fiatem małym trzykrotnie
podróżowaliśmy do Burgas. Około 1800 km przez Rumuńskie Karpaty i promem przez
Dunaj. Podróż trwała trzy do czterech dni. W upale 30 stopni. Było to ciekawe
doświadczenie.
Ryszard
Znam takich, co na handelek do Turcji maluchem jeździli. Do Ukrainy -
żuwaczki (gumy do żucia), dla rumuńskich kobiet - biseptol (w dużych dawkach
środek poronny), Bułgaria - krem Nivea, z Turcji do polski jeans'y (podróbki) i
dywany na dachu. Coś było jeszcze w Budapeszcie na dworcu Keleti - złoto,
dolary?

Andreas Andreas
Końcówka lat 80. Jedziemy maluchem w 7 osób z kolegą, który „pożyczył” auto
od ojca. Po zbyt szybkim wejściu w zakręt lądujemy w rowie melioracyjnym na ul
Żwirki i Wigury. Niedaleko lotniska. Grupka ludzi z przystanku pomaga się nam
wydostać z auta i wyciągnąć je z rowu . Przy okazji dostajemy od kogoś zjebkę,
że chyba jednak jest nas za dużo i chyba nie mamy prawka. Obchodzi się bez
milicji, towarzystwo rozchodzi się do domów bez większych strat, a kolega od
malucha odstawia grzecznie auto na parking tatusia. Wszystko by się udało
pięknie, bo z zewnątrz samochód wyszedł bez szwanku, a po oczyszczeniu z błota
wyglądał jak dawniej, ale niestety w czasie wywrotki wnętrze zostało
zdemontowane przez 7 kłębiących się wewnątrz ciał. Nie pamiętam jak kolega
wytłumaczył ojcu złamaną kierownicę, zniszczone radio Safari i powyrywane
zagłówki.
Krzysztof
Z tego co słyszałem to Gołota jeździł swoim maluchem z wyjętym przednim
fotelem
Kira
Mój ojciec jeździł maluchem z prędkością 130/h, aż wszystkie szyby się telepały!
Oraz raz zabrał moją siostrę i mnie na ferie zimowe do Szczyrku. Do dziś
pamiętam zawrotną jazdę serpentynami przy siarczystym mrozie (szyby
zamarznięte). Utkwiło mi to w pamięci, chyba był to rodzaj traumy.
Ryszard
Maluch na śniegu i lodzie jechał całkiem nieźle. Generalnie był znakomity w
terenie. A jak przy podjeżdżaniu pod oblodzoną górkę się ślizgał, to pasażer,
żeby dociążyć, stawał na tylnym zderzaku i trzymał się bagażnika dachowego. I
fruuuu!
Marcin
Zaliczyłem dachowanie - 360 stopni. Wypadła przednia szyba. Oparłem
przednią szybę o wycieraczki, odpaliłem silnik i wróciłem nim do domu.
Kuba
Maluchem pojechaliśmy kiedyś po „złote runo” do Nadarzyna. Rosło w naturze. Znalezliśmy to „runo” i wieźliśmy je na dachu zawinięte w jakiś dywan. „Runo” miało ze 3 metry długości. W środku od razu suszyliśmy cos tam na tym mikrym wywietrzniku. Słuchaliśmy do tego Urban Dance Squad. Kierowca był ubrany w czarny golf i miał klamkę. Nie wiem co to było, czy hukowa czy jaka. Przez cały czas wyliśmy ze śmiechu.
Paul
Mój kolega Herba był mistrzem rajdowym, fabrycznym kierowcą FSM. Na maluchu
wygrał kryterium asów na Karowej. Objechał wtedy Bublewicza na Mazdzie.
Tomek
Do ślubu żem jechał maluchem zielonym ustrojonym w winne zarośla 16
sierpnia 1992. Ja prowadziłem, narzeczona obok, z tyłu świadkowie. I tak do
Pałacyku Szustra. Dziś sam jestem dziadkiem!
Sebastian
Kiedyś z chłopakami w liceum na bednarskiej przenieśliśmy malucha
nauczycielki od angielskiego do parku za górkę. Normalnie, wzięliśmy i
przenieśliśmy.
Maciej
Dwa razy na boku. Raz było tak, że jechaliśmy we trzech. Skręcaliśmy za
ostro z Okopowej w Dziką. Przewrotka, lekkie zamieszanie kto pierwszy wysiada i
od razu podbiega do nas koleś i mówi: „Uciekajcie bo zaraz tu będzie Milicja”.
No to my, autko na koła i zrywka.
Mój sąsiad z piętra współtworzył 126p na etapie projektu. Nie wiem czy
żyje, ale pewnie miałby sporo do powiedzenia. Inna opowieść to wyprawa na
premierę „The Doors” do kina we Frankfurcie nad Odrą. Też z przygodami.
Tomek
Widziałem dwa ścigające się maluchy na Wolskiej. Jeden z nich zahaczył z dużą
prędkością o krawężnik, po czym drugi zrobił to samo. Było dachowanie, turlanie
po czym oba dobiły się tramwaj. Taniec synchroniczny.
Kuba
Razem z kolegą w 1990 roku jeździliśmy pomarańczowym maluchem jego mamy i
robiliśmy wywiady ze zwolennikami Stana Tymińskiego. To było w trakcie kampanii
do pierwszych wyborów prezydenckich po transformacji. Nie wiedzieliśmy jak
włączyć ogrzewanie i pamiętam, że skrobałem szron z szyby od środka.
Bartek
Pojechaliśmy kiedyś w 13 osób + gitara na dachu wracając z Krowiej Wyspy do
Mięćmierza. Na najstromszym odcinku małych nie dał rady. Dwie osoby wysiadły i podepchały.
Jot
Do maluchów nie było przesadnie wiele wzorów kluczyka. W związku z tym
malucha kolegi B. mozna było otworzyć kluczykiem od malucha kolegi N. Pewnego
dnia, pod popularnym lokalem gastronomicznym, otworzyliśmy malucha kolegi B. i
wyjęliśmy mu fotel kierowcy, który następnie ukryliśmy starannie. Maluch miał
tę zaletę, ze kolega B zdolal wrócić do domu prowadząc z tylnego fotela. Ja nigdy
nie miałem malucha. Maluch pozwalał podróżować, ale nie dostarczał przestrzeni
do budowania relacji damsko-męskich (choć byli tacy, którzy twierdzili, że da
się). Pożyczałem więc moje volvo przyjaciołom, którzy potrzebowali intymności,
a w zamian, jeździłem ich maluchem. Do czasu, aż pewnego dnia na kremowej
podsufitce volvo, moja ówczesna narzeczona wypatrzyła odcisk małego, ewidentnie
damskiego adidasa. Wtedy sprawa się ryła. Kim była autorka odcisku na
podsufitce wiem, ale nie powiem.
Dariusz
Jakoś tak około 1987 roku odwoziłem kolegę na lotnisko a ten mistrz
zapomniał paszportu, musieliśmy wracać przez prawie całe miasto ale zdążyliśmy
tylko końcówka jazdy była na jednym cylindrze.
Paul
Z Maliniakiem na skleszczeniu amfą w garażu na Jodłowej silnik rozebraliśmy,
a potem go złożyliśmy.[red.- Maliniak to wyrazista postać warszawskiej załogi
lat 90. Jest on nim mowa w tekście o Kinie Tęcza, który znajdziesz na tym
blogu].
Piotr
Kolega z liceum miał Poloneza z hakiem i na przyczepie woził malucha. Twierdził, że jak by Polonez zepsuł, to na przyczepie ma kapsułę ratunkową.Jurek
Mając 189 centymetry wzrostu uprawiałem sex na przednim siedzeniu malucha. Nie dało się opuścić foteli, bo były łamane, żeby dało się wsiąść do tyłu. Pomimo to pozycja w trakcie stosunku była tradycyjna. Trzeba jednak było położyć kurtkę pośrodku, żeby dźwignia zmiany biegów plus hamulec ręczny nie wchodziły damie w pupę.







Komentarze
Prześlij komentarz