Opowieść o Robercie Tycu
Trudno jest opowiadać o kimś takim jak Robert Tyc. W zasadzie się nie da. To
jak jakby spróbować złapać wiatr. Każda próba jest chwilowym złudzeniem. Można go
tylko poczuć. Jak wspomina go siostra, Agnieszka: żył na własnych
zasadach.
Po
lewej strony sceny stał czarny fortepian. Jego wieko było uniesione. Obok czekała
perkusja i gitarowe wzmacniacze. Scena
nie była wysoka, miała jakieś pół metra. Co czwartek do kluby Riviera Remont
schodzili się wieczorem jazzmani i fani improwizowanych nut. Ale nie tylko, bo
też ludzie ze starej punkowej załogi, dla których Remont był klubem, w którym w
latach 80. przeżyli punkową rewolucję. Trwał jeden z wieczorów 1990 roku.
Przełomu epok. Świat rozpękł się nam na pół, z tyłu został PRL, z przodu czekało
to, co nadeszło.
Do fortepianu usiadł Robert Tyc. Po prostu „Tycu”. Muzyk? Artysta? Performer?
Każde z tych słów pasuje i każde jest nieodpowiednie. W fizyce kwantowej
człowiek jest zagęszczoną formą energii, która nieustannie wymienia informacje
z otaczającymi ją polami. To chyba najbardziej adekwatny sposób na wykaraskanie
się z konieczności zdefiniowania Tyca. Pole energetyczne usiadło do fortepianu.
Nie potrafiło grać, ale nie było to dla ni ego żadną przeszkodą. Obserwowałem
je z widowni, siedząc na jednym z drewnianych składanych krzesełkach. Zagrało i
poleciała kaskada, a może raczej lawina dźwięków. Fala energii, którą Tycu wygenerował
za pomocą fortepianu była porywająco pierwotna. Salę wypełniła się gęstą i
gorącą zupę cząstek elementarnych. Poczułem się dotknięty witkacowską czystą
formą, której celem nie jest odwzorowanie istniejącego, a wywołanie u odbiorcy
metafizycznego uczucia. Jazzmani wzruszali ramionami. A ja myślę, że skoro
pamiętam to tak dobrze, to znaczy, że było to lepsze od ich jazzu. Robert przede
wszystkim jednak malował. Miał wrażliwość plastyczną i świetne wyczucie estetyki.
UK Subs
Był przystojnym, wysokim, szczupłym gościem. O mocnym i niesamowicie zwinnym
ciele.
Potrafił robić rzeczy niebywałe, ktoś widział go kiedyś wspinającego się jak
pająk po murze Starego Miasta. Było w nim coś z Tatara. Kojarzył mi się z
człowiekiem stepu. Dzikim mustangiem, który biega wolno po Warszawie. Czy był
kosmitą? Raczej przybyszem z innego wymiaru. Kiedyś było ich w mieście całkiem
niemało. Żarna chaosu roztarły tych ludzi na mgłę wspomnień. Nieliczni, którzy
przetrwali robią za żywe figury woskowe z gabinetu osobliwości.
Był ikoną. Sławnym punkowcem. Cała
Polska zobaczyła Tyca, gdy na Torwarze w 1983 roku zagrała brytyjska punk
rockowa kapela UK Subs. Jak opisać ten koncert jednym słowem? Przełomowy.
Anglicy byli bardzo dobrze grającym składem, który przed chwilą wydał jedną z najlepszych
płyty w swojej dyskografii. Nazywa się „Endangered Species” i zasłuchiwałem się
niej. Na Torwarze pojawiła się cała załoga. Warszawę reprezentowały gwiazdy,
wśród których wyróżnia Tycu. Obcięty na łyso i ubrany w skórzaną wyćwiekowaną
kurtkę z dużym znaczkiem UK Subs. Sfotografował go człowiek robiący zdjęcia dla
„Magazynu Muzycznego”. Jedynego wtedy kolorowego miesięcznika o muzyce rockowej.
Zdjęcie trafiło na środek kolumny z relacją z koncertu. Tycu stał się twarzą
tego wydarzenia. Obok niego stoi na nim Pokrop. Kolejna mocna postać. UK Subs pokazało
na Torwarze to jak się gra zawodowo punk rocka. Jeżeli chcesz poczuć klimat
tego koncertu tu odpal sobie głośno numer „Coundown”. A potem zamknij oczy i
wyobraź sobie, że jesteś w wielkiej hali wypełnionej szalejącymi punkowcami, a
ten kawałek grany jest z przytłaczającą energią i takim ciężarem jakby za
chwilę miał zawalić się dach.
Adam, wówczas wokalista starej punkowej kapeli: Przed koncertem UK Subs
pojechaliśmy do Remontu całą naszą załogą z Żoliborza. Był tam Tycu i chłopaki
z innych stron miasta. Poszliśmy na Pola Mokotowskie, ale blisko Remontu.
Usiedliśmy w koło jak starzy Indianie. Tylko zamiast fajki pokoju wszyscy
wyciągnęli torby z klejem i mieli odjazd. Było nas że 20 chłopa.
Kolega
To było w czasach, gdy chodziliśmy do szkoły średniej. Ja ją dopiero
zaczynałem. Robert był trochę starszy. Trafił do sławnego SOS-u. Szkolnego
Ośrodka Socjoterapii przy Rondzie Wiatraczna. - Ja chodziłem do maturalnej
klasy, a Robert kiblował. – wspomina Marek.
- Znaliśmy się dość dobrze. On był guru panczurów, a ja byłem hipem. Raz się
spięliśmy, ale nas rozdzielono. Był raczej przyjazny, kolegowaliśmy się i
większość znajomych wspomina go ciepło. Często spotykałem go na mieście. Raz
wyglądał świeżo i pięknie, a innym razem tak jakby właśnie wstał z rynsztoka –
wspomina Marek.
Pojawiający się już na tym bogu parokrotnie Kuba Panow: Przychodząc do remontu na początku lat 80 wiedziałem już dobrze kto to jest Tycu. Miałem okazję widzieć go na Torwarze na U.K. Subs. Postać mityczna, owiana legendami i ciekawymi historiami. Słyszałem od znajomych z Żoliborskiej załogi, że podchodzi do ludzi pod klubem i zaprasza na solówę. Taka sytuacja, nie pamiętam już przed jakim koncertem przytrafiła się i mi. Wiedziałem, że nie można spękać a wtedy wszystko będzie ok. No i kiedy Robert podszedł do mnie pytając jak mam na imię i czy pójdę się z nim lać, z duszą na ramieniu odpowiedziałem, że pewnie! Poszliśmy na tyły Remontu gdzie był zjazd na parking i do garaży. Stanąłem i czekam co się wydarzy. Tymczasem Tycu wyciąga zza pazuchy skóry alpagę i mówi: „No widzisz Kubuś, nie speniałeś i teraz się z Robusiem napijesz winka”. Odetchnąłem z ulgą, walnąłem łyka alpy (chociaż był to mój pierwszy kontakt z tego typu trunkiem i nie weszło mi dobrze), ale dumny wróciłem w towarzystwie nowego kolegi pod Remont. Później widywaliśmy się wielokrotnie przy różnych okazjach i zawsze były to elektryzujące przeżycia. Jedną z fajniejszych akcji było przypadkowe spotkanie pod kinem Moskwa, gdzie akurat grali film „Harry Angel” z Mickym Rourke. Robert powiedział, że to jest zajebisty film i czy bym z nim nie obejrzał. Ściągnęliśmy po parę buchów i zanurzyliśmy się w mega mrocznym klimacie tego filmu. Po wyjściu z kina mało byliśmy pod takim wrażeniem, że w zasadzie panowało milczenie. Połaziliśmy trochę po Mokotowie, a potem wsiadłem w autobus i pojechałem na Bielany na chatę. Jest jeszcze jedna śmieszna historia. Nie pamiętam już, był to koniec lat 80 lub rok 90. Spotkaliśmy się na Starówce . Piliśmy piwko na Barbakanie i gadaliśmy o muzyce. Nosiłem wtedy buty creepersy w tygrysi wzorek, które były już dość mocno schodzone. Strasznie jednak się podobały Robertowi. On miał na nogach takie a'la pirackie skórzane buty z klamerkami za kostkę i one z kolei podobały się bardzo mi. Wiele się nie namyślając i korzystając z okazji, że mamy ten sam numer bez wahania dokonaliśmy wymiany i obaj szczęśliwi z nowych skoków udaliśmy się po następne piwko żeby uczcić tę piękną chwilę.
Fighter
Tycu
zanim został punkowcem trenował boks i jestem święcie przekonany, że gdyby został
przy sporcie. to mielibyśmy o jednego mistrza świata więcej. Wróćmy znów do Remontu.
Tym razem do drugiej połowy lat 80. Trwa nocna dyskoteka. Zjechali się ludzie z
całego miasta. Sala w której grały punkowe zespoły wypełniona jest tancerzami. Obserwuję tańczącą blondynkę. To
dziwne jak działa pamięć. Przecież byłem tam tyle razy, a kiedy sięgam myślami
wstecz, to pierwszą postacią jaka się wyłania z niebyty jest ona. Niewysoka
kobieta w mini spódniczce, tańcząca nocą w środku miasta. Ale pojawia się też
Tycu. Widzę go jak wchodzi na salę. Znam go i wiem, że będą fajerwerki. Zaczyna
tańczyć jak afrykański wojownik. Szeroko, zamaszyście, nisko. Schodzi do
parteru i zaczyna kozackie figury. Wygląda to jak zapowiedź break dance’u,
który wybuchnie w latach 90. Wokół robi się pusto. Stojący w wejściu do sali
bramkarz biegnie po kumpli. Wracają we czterech. Łapią, każdy za jedną kończynę,
i z trudem wynoszą pulsującego Roberta z klubu. A i owszem, złapali wiatr. Ale
tylko na chwilę. A ja znowu czuję dotyk czystej formy.
Grzegorz: Ja jestem z 68 roku, chodziłem do podstawówki na Dolnym Mokotowie,
klimaty mocno gitowskie, kryminalne. Na początku lat 80 jako 15-latki
zaczynaliśmy interesować się muzyką punk, ale byliśmy małą grupą otoczoną przez
kulturę git, przemocy, bijatyk. W tym kontekście docierały do nas opowieści o
punkowcach i Tycu, który nie pęka i potrafi postawić się tym typom. Pamiętam
taką scenę pod Remontem, była 4-5 nad ranem. To było pod koniec lat 80. Wychodzimy
w kilkunastu z dyskoteki, a pod klubem tam czeka ekipa kryminalistów/ gitowców,
którzy przyszli do Tyca. Chodziło chyba o to, że ich szef miał umówione solo z
Tycem. My staliśmy w okręgu, tzn. załoga tych gitowców i my, a w środku. Tyc walczył
z przywódcą gitowców. Wyglądało to mocno, wygrał. On był wysoki, wydaje mi się,
że miał 195 cm, szczupły, miał długie ręce i nogi, potrafił się bić. Walka była
na pięści, stosowali kopnięcia. Nie bał się. Tamten był tego samego wzrostu,
ale cięższy o 20-30 kg.
Słynna fryzura na borsuka.
Miałem okazję widzieć Roberta walczącego na ulicy. To był pojedynek na
szczycie. Coś jak Ali i Foreman, tyle że pod Remontem. Znowu w 83 roku. Tycu
wyjaśniał się przed koncertem ze skinheadem Zakresem. Czołowym urkiem
warszawskiej załogi, reprezentującym jej skrajnie prawicowe skrzydło. Co ważne,
bo Tucy w żadnym wypadku nie był z tą frondą
powiązany. Był anarchistą i w Madrycie walczył by na pewno po stronie
Republiki. Zakres był niewysokimi i dość krępym ulicznym fajterem. Miał głośną
legendę i konkretnych kumpli. Siwego, Daniela i jego młodszego brata Zapałę.
Kiedyś stanieli przede mną we czterech pod Remontem. Znali mnie z widzenia i
wiedzieli, że jestem z załogi. Byli w
dobrych humorach i chcieli mnie tylko oskubać. Zabrali mi jakiś znaczek. Zapała
krwawił z rozciętego wskazującego palca. Dotknął mnie zostawiając na mojej
koszuli krwawy ślad.
Pierwsza skinheadowska załoga uformowała się jakoś w 80 roku. Co zabawne,
na początku chodzili często we trzech: Zakres, Siwy plus Asfalt. Ten ostatni
był wysokim czarnoskórym Afrykańczykiem, który miał za na głowie biały pasek.
Nosili czarne wyćwiekowane skóry z namalowaną sylabą – Oi. Tycy miał z Zakresem
krzywo i kiedy wpadli na siebie wtedy pod Remontem to od razu zaczęła bójka. I
trzeba przyznać Zakresowi, że sobie jakoś poradził. Nie mając szans z
długorękim Tycem poszedł w zwarcie i zeszli do parteru. To było chyba jesienią
albo wczesną wiosną. Ludzie byli w skórach, swetrach. Obaj wylądowali w różańcu
na trawniku przed klubem. Tarzali się po gołej ziemi. To był remis.
Freestyler
Piotrek: Ja pamiętam jego talenty „intelektualne”. Potrafił wyrzucać z
siebie jakieś potoki tekstów, a la proza poetyczna. Improwizował tak jak
dzisiejsi raperzy. Byłem zafascynowany, bo to wymagało inteligencji i polotu. W
ogóle był dowcipny i mega kumaty w gadce. Ale szybko wpadał też w szal.
Zygzak, wokalista kultowej kapeli punkowej tzn. Xenna: Siedzieliśmy kiedyś w
Ulubionej.
To była kawiarnia obok klubu Remont, w której przesiadywali punkowcy. Na
zewnątrz deszcz i wiatr jesiennej nocy. Nagle do kawiarnia wchodzi Tycu, który
ma do twarzy przyklejoną papierową twarz Lecha Wałęsy. To było po wyborach i
jeszcze wisiały plakaty kandydatów. Tycu wyrwał samą twarz i sprytnie dokleił
ja do swojej. No i wchodzi „Wałęsa” ubrany w kożuch i od razu siada do pianina i
zaczyna grać. A gra tak, że wszyscy są zaskoczeni wybuchem improwizacji
fortepianowej. Kiedy pojawiła się kelnerka z zamiarem wyrzucenia Roberta, to cała
knajpa stanęła w jego obronie oczekując kontynuacji występu. To było dzikie,
magiczne doznanie. Robert był artystą totalnym

Kuzyn Robert, wspomina: Improwizacje muzyczne to talent rodzinny. Dziadek
Franciszek Tyc był bardzo muzykalny, mój tato, a Roberta ojca brat siadał do
pianina i po prostu grał. Roberta wspominam często, ale najchętniej z czasów,
kiedy byliśmy dziećmi i beztrosko ganialiśmy po rżysku. We Wrocławiu Robert też
miał zacne grono swoich fanów.
Bąku: Roberta spotykałem wielokrotnie. Pod Remontem, pod Akwarium albo gdzieś
na
Mokotowie. Byłem cierpliwym słuchaczem więc chyba mnie polubił. Byłem totalnym
małolatem, a Robert rozmawiał ze mną jak z równym. Sporo opowiadał o Oslo.
Gadaliśmy o sztuce, o malarstwie, o Witkacym i jego Niemytych duszach i o narkotykach.
Często miał przy sobie jakieś swoje obrazki. Zazwyczaj się nie spieszył a ja
zawsze miałem na fajki albo browar. Większość ludzi wspomina go jako dzikiego,
nieobliczalnego zadymiarza. Tycu był ciepłym gościem. Miał abstrakcyjne
poczucie humoru, był otwarty, dużo się śmiał. Nie rozumiałem jego pędu do samounicestwienia.
Lot na ścianę
Robert
nie miał w sobie zbyt wiele strachu, nie straszna mu była bijatyka, co najmniej
raz został raniony nożem. Wyszedł z tego cało. Był silny z natury. Ciężki do
pokonania. I na nieszczęście szedł drogę samozniszczenia. Na początku zabijał
się za pomocą przywołanego już kleju butapren. „Butaś”, jak pieszczotliwie
zwali go punkowcy był klejem używanym przez szewców. Moda na „narkotyki”
wziewne zaczęła się w Polsce w latach 70. Opisałem na blogu wspomnienia
człowieka, który zaliczył psychodeliczny seans z rozpuszczalnikiem Tri. Po
wycofaniu Tri ze sprzedaży detalicznej zrobiła się luka, w którą w wielkim
stylu wszedł butapren. Odlot po butaprenie był koszmarny. Widziałem kiedyś w
Białymstoku gościa z torbą z klejem. Wciągał powietrze z torby i wyglądało to
trochę tak, jakby bezskutecznie próbował nadmuchać balon. Siedział na trawie pod
płotem przy bocznej drodze. Na tyle jarzył, że kiedy odezwałem się to spojrzał na mnie. Miał oczy ze szkła. Za nimi lewitowała
dusza w szponach demona. Był to jeden z
najbardziej zaćpanych ludzi jakich
wiedziałem w życiu. I właśnie w taką bajkę wjechał Robert. Został najsławniejszym miłośnikiem butaprenu w
mieście. Nie zatracając jednak przy tym orientacji.
- Tycu pojawiał się totalnie znienacka - wspomina Michał. Kiedyś chłopak z
imprezy, dziś właściciel studia graficznego. - Spotkałem go kiedyś na Starym
Mieście. Pożyczył ode mnie rower i pojechał do sklepu po klei. Czekałem na
murku i martwiłem się, że już nie wróci i co wtedy powiem rodzicom. Ale wrócił,
oddał rower i poszedł sobie dmuchać. Bałem się go, ale w sumie był miły - mówi
Michał. - Znałam go z imprez u jego siostry Agnieszki – dodaje Honorata. Osoba
zaangażowana w niezależną scenę muzyczną. - Kiedyś spotkałam go na Łowickiej i zaprosił
mnie na spacer i do domu na herbatę. Mieszkał w niskich blokach przy
Dąbrowskiego. To był przemiły dzień! Ale widywałam go potem w przeróżnych
stanach. Potrafił nawywijać – wspomina Honorata. Tycu potrafił narobić siary i być
trudny. - Ja mam z nim nieciekawe wspomnienia, mało sympatyczne – wyznaje Ludwik,
który pojawił się na tym blogu w tekście „Oblężenie na Stalowej”.
Toksykomania Roberta przebierały niekiedy surrealistyczną formę. - Pojechałem
kiedyś na Czerniakowską - wspomina Piotrek. W latach 80. punkowiec, potem
biznesmen z sukcesem.
- Szedłem do jednego z bloków na osiedlu przy ulicy. Nagle na horyzoncie
pojawił się Tyc. Miał na głowie marynarską czapkę, na brzuchu zawieszony dziecięcy
bębenek, a przy ustach torbę z butaprenem. Przepłynął obok waląc do taktu.
Ela Malejonek: Był czas, kiedy mieszkaliśmy na Narbutta i Robert był u nas prawie codziennym gościem. Mieszkał w pobliżu. Nie zawsze wpuszczałam go do domu, bo kiedy Darka nie było, a był to czas, kiedy codziennie grało się próby w Hybrydach, a w wizjerze widziałam, że ma w ręku torbę z butaprenem, to się go bałam. Siadał na wycieraczce u nas i czekał, pukał i krzyczał: „wpuszczaj mnie!”. Aż w końcu odchodził. Bartek System i Darek chodzili do niego i prosili: „Robert nie przychodź do Eli, jak nas nie ma”. Obiecywał, że już nie będzie, a potem wracał. Jak wytrzeźwiał przychodził z kwiatami, był bardzo szarmancki, przynosił prezenty. Sanki dla naszej córki Kasi, stare wydania książek, obrazki święte, dostałam też od niego dwa obrazy namalowane na drzwiczkach od szafki, niestety zaginęły w kolejnych przeprowadzkach. Świetnie rozmawiało się z nim o architekturze, uwielbiał secesje. Znał się na sztuce, muzyce, literaturze, był oczytany.
Noc
u Tyca
W
1987 roku Robert pojechał do Oslo. W 1987 roku. Oddajemy po raz kolejny głos
Markowi z SOS-u: Chodził po Oslo z takim małym kolesiem. Byli skrajnie różni. Tycu
był gwiazdą lokalnej polskiej punkowej załogi. Ubierał się w szare niby mundury
i czapki wojskowe - mówi Marek. Jak wspomina Robert próbował się w Norwegii
zahaczyć, ale wpakował się w kłopoty. Pobił tam policjanta, za co trafił na
trochę do norweskiego pudła,
a potem został odesłany do Polski.
I tak oto doszliśmy do miejsca, w którym rozpoczęła się ta opowieść. Do
początku lat 90.
Startuje szalona dekada. W Warszawie powstają pierwsze prywatne kluby muzyczne
Exit i Moskwa. Jako, że opisałem je dość szeroko na blogu, to nie będę o nich tu
pisał. Wspomnę jedynie, że Robert zaistniał mocno w historii Moskwy, o czym
można przeczytać w poświęconym jej tekście. To była czasy prawdziwej jazdy bez
trzymanki.– Na koncercie Apteki Tycu wypijał słuchaczom piwa i z paszczy rozpylał
je ponad publiką, machając jednocześnie obrazem zdjętym ze ściany – opowiada
Jarek. Jeden z bywalców Moskwy.
Wtedy sterem kręciły już głównie narkotyki. Nie butapren, ale nowe trucizny,
których po upadku komuny pojawiła się cała masa. Jestem tej historii winien szczerość
dlatego nie przemilczę nocy, którą spędziłem u Roberta. Była to moja jedyna głęboka
rozmowa z Tycem.
Był wtedy jeszcze w znakomitej formie. Tego wieczoru spotkałem się na mieście z
Marcinem Szyszko. Wszyscy mówili ma niego Młody. Grał na perkusji w Wilkach.
Mieliśmy na boku własny projekt muzyczny Toxix. Bujaliśmy się nocami regularnie
po różnych miejscach. Tej nocy Młody oświadczył, że ma spida. Czyli amfetaminę.
Miasto było puste, noc głęboka, a ja miałem dwadzieścia trzy lata. Nigdy
przedtem nie próbowałem tego towaru. Powiedziałem - ok.
Młody oświadczył, że możemy pojechać do Tyca. Wsiedliśmy chyba w taksówkę.
Tycu, jak się okazało mieszkał wtedy przy Kasprzaka w gazowni na Woli.
Zdębiałem gdy się tam znalazłem. To był świat z bajki. Wszystko stare i z czerwonej
cegły: kamieniczki, kominy, pięciopiętrowej okrągłe tajemnicze gmachy. W głębi tego
świata czekał Tyc. Na ścianie mieszkania umeblowanego w prosty staroświecki sposób
wisiało poroże jelenia.
Usiedliśmy przy stole. Robert wyjął olsdskulową dużą szklaną strzykawkę. Młody
torbę z białym proszkiem. Ja byłem w coraz większym szoku. Zmieszał proszek z
wodą, zacisnął opaskę na ręku i strzelił sobie w żyłę. Potem to samo wykonał
Młody. Ja poprzestałem na kresce.
Siedzieliśmy przy tym stole do rana, gdy odjechaliśmy stamtąd autobusem. Była kupa
czasu, żeby się nagadać. Skomentowali to, że jestem ubrany w marynarkę. Że
siedzę okrakiem pomiędzy światem frików i normalsów. Młody mówił raczej
niewiele. Rysował jakieś wzroki na kartce. Jak to po amfetaminie. Ja nie
rysowałem, a gadałem. Nad ranem Robert popatrzył na mnie i dotknął moich czarnych
sterczących włosów. Powiedział:- Wiesz co? Ty wyglądasz tak, jakbyś w naturalny
sposób płonął. Amfa nie są dla ciebie dobra. To już jest dla ciebie za dużo.
Miał w stu procentach rację. Spróbowałem potem jeszcze tego gówna kilka razy i
zawsze gorzko żałowałem. Robert ukazał mi się tej nocy jako osobą refleksyjna i
świadoma. Nie uchroniło go to przed losem jaki na niego czekał. I on i Młody
nie żyją od dawna. Pokrop, który stoi obok Roberta na zdjęciu z koncertu UK
Subs, to także już postać historyczna.
Karuzela
w Kucharach
Robert
był buddystą. Pod koniec lat 90. w warszawskiej załodze pojawiła się zajawka na
buddyzm. Zajawka to nieodpowiednie słowo, bo sprawa jest przecież całkiem
poważna, ale
potraktujmy je technicznie. Punkowcy chyba najczęściej kierowali się do gomp
prowadzonych przez osoby z kręgu norweskiego lamy Ole Nydahla. Był to
tybetański Buddyzm Diamentowej Drogi. Ja zresztą także przez pół roku chodziłem
do gompy na Sadybie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Pojechałem też raz
do Kuchar. Gdzie co roku odbywał się
zlot i obrzędy. I oto opowieść z Kuchar…
- Moje ostatnie spotkanie z Tycem miałem latem na ponad pół roku przed jego
odejściem. Złapał mnie za rękę w tłumie ludzi wchodzących do namiotu w
Kucharach – mówi Krzysztof. - Przyjechał
stopem i bez pieniędzy, zupełnie idealistycznie tak jak zawsze, przestrzeń
miała się nim zaopiekować. Pogadaliśmy na boku, podzieliłem się z nim
pieniędzmi, które miałem przy sobie. Bardzo mu życzyłem zdrowia i powrotu do
żywych, bo wyglądał bardzo źle. Szczerbaty i przygarbiony przypomniał istotę
nie z tego świata - głodnego ducha nie zaś Wielkiego Tyca. Nie było nam obu do
śmiechu z tego powodu. Aż w pewnej chwili Tycu na poprawę humoru przypomniał mi
akcję sprzed „dwudziestu lat”, gdy w tym samym miejscu podczas Phowa robił
efekty dźwiękowe, pohukując głośno zza brezentu namiotu, dodając mistycznego
dramatyzmu całej sytuacji. A robił to na tyle długo, że kolesie z ochrony
zaczęli go ganiać wokół namiotu, aby przestał. Nie dali rady i wówczas,
pięćdziesięcioparoletni lama Ole przyłączył się do pogoni za Tycem. Śmieliśmy
się z tego bardzo i rozeszliśmy się z uśmiechem na twarzach. To był ostatni
uśmiech jego oczu jaki widziałem. Nie
wiem jak gonitwa się skończyła, ja wówczas (chyba w 93 roku.) siedziałem wewnątrz,
a gdy gadaliśmy o tym w 2010 roku. Nie zapytałem Roberta o finał, bo i jakie to
miałoby znaczenie, liczyło się bycie razem w tej rozmowie. Robert był
fantastycznym szalonym, starszym kolegą z dzielnicy i było wspaniałe mieć
takiego ziomka.
Na koniec opowieść Alka. Znanego muzyka jazzowego:- Spacerowaliśmy z moim synkiem chyba pięcioletnim wtedy. Słoneczko, niedziela, Barbakan, Warszawa. Tycu wstał z ławki, podszedł uśmiechnięty. Pogadaliśmy chwilę. Zaproponował kreskę… Ostatni raz go wtedy spotkałem. Miał spokój w sobie.




Komentarze
Prześlij komentarz