I Am on the Top




Góra Synaj ma 2228 metrów. W tradycji 
judeochrześcijańskiej i islamskiej jest szczytem, na którym Mojżesz miał dostać od hebrajskiego Boga Jahwe dwie kamienne tablice z Dekalogiem. Mojżesz ruszył na szczyt dlatego, bo zobaczył na nim płomień. Ten płomień był znakiem od Jahwe, ktory wzywał go na spotkanie.    

Od pokoleń ludzie wchodzą na górę Synaj nocą, aby zobaczyć wschód słońca. Ruszyliśmy o pierwszej w nocy w Wieki Czwartek - pierwszy dzień Triduum Paschalnego upamiętniającego mękę i śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu. Nasz przewodnik był Beduinem, a w naszej grupie szły osoby z Chin, USA, Egiptu, Francji i Finlandii. Wejście na Synaj jest porównywalne do trasy na Giewont. Z tym, że na 
Giewont nie rusza się w nocy. Zacinał deszcz i zrywały się podmuchy porywistego wiatru. Wokół panowały egipskie ciemności. 



Po drodze zaliczyliśmy szlak barów prowadzonych przez ubranych w pustynne szaty i arafatki Beduinów. Palili sziszę i siedzieli przy ogniu. Można było kupić napoje, słodycze i herbatę. Młodzi Beduini śmigali w sportowych butach po skałach z cudowną swobodą. Tak jakby podeszwy posmarowali klejem.





Do ostatniego baru przed najbardziej stromym odcinkiem, czyli 700 - 750 schodami pokuty można dojechać wielbłądem. W tym miejscu spotkaliśmy dwie rodaczki. Jedna z pań tuliła dwie śpiące i zawinięte w peleryny pociechy. W jej oczach wyczytałem: „Jestem Matką Polką i panuję nad sytuacją”. Druga była chyba w moim wieku. Oświadczyła, że wycofała się z trasy, bo ostatni odcinek to pionowe i śliskie po deszczu schody. Przed oczami stanęły mi rolki z pionowymi schodami w Azji i pomyślałem: „Jezus Maria, w co myśmy się wpakowali?…”. Obleciał mnie strach. To jednak była tylko trasa na Giewont, a nie Orła Perć. Gdyby nie ambitne warunki pogodowe, fajny górski spacer. Schody pokuty to szlak wykuty w skale przez mnichów z pobliskiego klasztoru świętej Katarzyny. To bardzo konkretna trasa licząca 3500 stopni. Turyści idą łatwiejszą drogą, wchodząc na schody pokuty dopiero na końcu. W ostatnim barze można wypożyczyć za dwa dolary koc. Przewodnik ostrzega, że na górze będzie ziemno. Był gruby i faktycznie się przydał.



Na szczycie zobaczyliśmy malutki klasztor, handlujących pamiątkami Beduinów i masę ludzi. Moment, w którym promienie słońca przebiły się ponad chmurami był kosmicznie epicki. Po zejściu finałem wycieczki stał się wspomniany już monastyr świętej Katarzyny. Został zbudowany w VI wieku przez bizantyjskiego cesarza Justyniana. Jest ponoć najstarszą nadal czynną świątynią chrześcijańską na świecie. Rośnie w nim Gorejący Krzew, który wedle tradycji miał być emanacją Jahwe, nakazującego Mojżeszowi wyprowadzenie Żydów z Egiptu. Krzew rośnie i nie udaje się go przesadzić w inne miejsce. Ponoć pędy usychają.

                      Gorejący krzew

W monastyrze znajduje się też Studnia Mojżesza.   
Zgodnie z Biblią miał spotykać przy niej sześć córek pasterza kóz Jetry. Jedną z nich poślubił i sam zaczął wypasać kozy teścia. To właśnie wtedy miał mu się ukazać Gorejący Krzew.



Brak jest dowodów na to, że Mojżesz był postacią historyczną. Cała ta opowieść została spisa w kilka stuleci po tamtych wydarzeniach.  Gdyby były prawdą to wydarzyłoby się to 3200 - 3300 lat temu. To w niczym nie osłabia aury i magii tego miejsca. Kiedy usiadłem na jednym z drewnianych foteli w kaplicy monastyru to miałem świadomość, że dane mi jest dotknąć żywej historii. Cudowny moment. Jedno jest pewne: jeżeli Mojżesz faktycznie wszedł na tę górę, idąc za pewne w sandałach, to był kozakiem. No i mamy Dekalog.




Historia o górze Synaj pojawiła się w moim życiu, gdy mogłem mieć dziesięć lat i jak bardzo wiele dzieci w PRL chodziłem na religię, na której prowadząca zajęcia siostra opowiedziała historię o tablicach Mojżesza. Choć nie miałem o tym pojęcia Synaj stał mi się jednak bliski za sprawą pierwszego polskiego punk rockowego zespół Deadlock. W 1981 roku francuska firma Blitzkrieg Records wydała jego płytę „Ambition” Grali chropowate reggae i proste kawałki punkowe. Z jednej strony byli punkowymi krytykami niesprawiedliwego świata, z drugiej kolesiami mocno zakręconymi klimatami roots reggae wypromowanymi przez Boba Marleya. Kontestowali rzeczywistość paląc marihuanę i czytając Pismo Święte. To połączenie, choć zdawało by się, że karkołomne, nie było niczym niezwykłym. Świat stworzony przez komunistów był płaski i pozbawiony duchowości. W Stary Testament wjechało gładko niemało punkowców. Jednym z numerów z płyty Deadlocka jest „I Am on the Top”.

I am on the top
Sitting with the Jah
Looking for the Babilon
Looking for the Babilon
Hey Mr. Blue! How do you do?
With Your rotten brain
Witch Your rotten soul

No, no, no, no, no, no, no, no, no good…

Kawałek był świetny, wpadał od razu w uchu i stał się jednym z załoganckich hymnów. Sam zacząłem go grać i śpiewać. Jest prosty i hipnotyczny. W polskiej wersji jako „Święty szczyt” nagrał go Kryzys. Ta odsłona jest dłuższa i ma drugą zwrotkę o miłości do dziewczyny, którą podmiotowi lirycznemu zabrał Babilon. „Święty szczyt” był mega ważny, ale kanoniczną wersją pozostało raczej „I Am on the Top”. Kultowy numer Deadlocka szerzej rozpopularyzował Kazik Staszewski nagrywając go w 2002 roku ze swoim zespołem Kazik na Żywo. Powstał wtedy teledysk, który latał w telewizji i opowieść o Jah i widzianym ze szczytu Babilonie dotarła do milionów Polaków.

Słowo Jah pojawiło się w polskiej pop kulturze po raz pierwszy za sprawą Deadlocka i szybko zostało upowszechnione przez założony na bazie Kryzysu reggae’owy Izrael. Warszawscy rastamani co chwilę przywoływali imię rastafariańskiego Jah. Nie wszyscy - w tym ja - mieli świadomość tego, że tajemniczy Jah to skrót od kościelnego Jahwe. Skrócona wersja imienia bożego pojawia się w tekstach oryginalnych Biblii 54 razy. Większość polskich przekładów zazwyczaj zastępuję tę formę słowem Pan, choć niektóre wydania zaznaczają ją w przypisach lub nawiasach Jah[we]. Rastafarianie z Jamajki używali oczywiście formy oryginalnej dodając do niej nazwę swojej religii: Jah Rastafarai.

Dziś to sprawy oczywiste, ale w latach 80. była to wiedza hermetyczna. Dlatego bardzo długo nie wiedziałem o tym, że „I Am on the Top” jest o spotkaniu Mojżesza i Jahwe na górze Synaj. Chyba, że jest inaczej niż myślę, a Top to metafora. Autor tekstu zajarał faję, "wszedł na szczyt" i spotkał Jah Rastafarai.     





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Oblężenie na Stalowej

Rozmowa z truckerką Aleksandrą Kun

Apaszem Stasiek był. Opowieść o Staśku Wielanku