JAK PUNK, TO PUNK. OPOWIEŚĆ SKRZYPKA
Był jednym z mocniejszych
punkowców warszawskiej załogi lat 80. Kiedy pojawiał się na koncercie w
Remoncie to już z daleka rzucał się w oczy fryzurą na irokeza i radykalnym punkowym
imidżem. Wszyscy widzieli, że to Skrzypek.
Siedzimy w bistro Bazar
na Jagiellońskiej. Ma sześćdziesiąt cztery lata, krótkie włosy, szarą bluzę z
kapturem, czarne glany, zielonego flajersa i łańcuch na szyi. Jest jedenasta, w
barze są tylko dwaj goście, wyglądają na tubylców i piją piwo. Barman usiadł z
nimi i je śniadanie. Lokal ma taki wystrój, że równie dobrze mógłby to być
Londyn, albo Berlin. Za oknami widać jednak niewyremontowaną przedwojenną praską
kamienice. Nad napisem „Solarium” zamontowana została na niej metalowa siatka,
która zabezpiecza przechodniów przed odpadającymi fragmentami elewacji. Na
trzecim piętrze papierosa pali facet w okularach. Kiedyś w kamienicy były
balkony. Teraz ten facet jest oparty o kratę, która została wmurowana tuż za drzwiami balkonowymi. Dzięki temu nie
wyleci na ulice. Pracownik z baru stawia przed Skrzypkiem półlitrową szklankę z
piwem. A ja włączam dyktafon...
Stąd jesteś?
Ja,
wiesz, wychowany jestem na Pradze. Teraz mieszkam na Kłopotowskiego, a
wcześniej na Panieńskiej. A jeszcze wcześniej mieszkałem na Wrzesińskiej. Wszystko
w promieniu pięciuset metrów.
Jak się pojawił punk rock na Pradze?
Na Wrzesińskiej mieszkałem w tak zwanej studni, czyli kamienicy z
zamkniętym podwórkiem. Na tym podwórku była ekipa, która słuchała muzyki. Były
w kamienicy trzy gramofony, każdy stawiał swój na parapecie i sprawdzaliśmy się
komu najgłośniej gra.
Co leciało?
Black Sabbath, Led Zeppelin, Budgie
Hard rock.
Tak.
Miałeś długie włosy?
Nie, nigdy. Na przełomie 78 i 79 roku ojciec, trochę starszego kolegi pojechał
do Londynu. W teatrze tam pracował. Przywiózł pierwsze płyty The Clash, Ramones
i Sex Pistols. Od tych trzech płyt wszystko się zaczęło. Odkupiłem je od tego
chłopaka i katowałem na okrągło.
Z parapetu?
Jak to wszystko się w tej studni odbijało, to wiesz, chaos jeden wielki
był. Maksymalny czad.
Kiedy spotkałeś pierwszego punkowca?
Jak poszedłem do zawodówki na Bema, to tam Tyca poznałem. Był jeszcze jeden
załogant
Gibon. I razem żeśmy w tej szkole zaczęli punk rocka.
Tyc był z Mokotowa.
A szkoła była na Bema, czyli na Woli.
Jaka
to była zawodówka?
O profilu hydraulicznym.
Zobaczyłeś Tyca i też zacząłeś punkować?
Nie. Jeszcze wtedy wyglądu nie miałem, a po prostu słuchałem muzyki. To się
wkrótce zmieniło.
Kiedy?
W 1979 roku.
Byli wtedy jeszcze gitowcy?
Jasne. To jeszcze były gitowskie czasy. Wiesz, szło się normalnie, ktoś
podchodził i padało pytanie: skąd jesteś? No i awantura gotowa od razu. Były
podziały dzielnic i jak się znalazłeś na nie swojej dzielnicy i ktoś cię
przyciął, to był problem.
Od czego się zaczęło Twoje
punkowanie?
Miałem solidne robocze buty, spodnie pomarańczowe z dziwnego materiału i
jasny płaszcz prochowiec. Zrobiłem sobie dwa znaczki.
Punkowiec musiał mieć znaczek i
pieszczochę. Skąd miałeś znaczki?
Wyciąłem zdjęcia z jakiejś zachodnich gazet i przykleiłem do jakiś znaczków.
Były wielkie.
Miałem znaczek Niny Hagen.
Znałeś Ninę Hagen?
Nie. Ale wiedziałem, że jest tych klimatów. Na Wolumenie pojawiła się jej płyta
i z ciekawości ją kupiłem. Nie spodobała. Ja od początku lubiłem czadowe
melodyjne granie. Przede wszystkim Ramones.
Doszliśmy do Wolumenu. To mega ważne
miejsce w historii załogi. To było stałe targowisko na Wawrzyszewie, na którym
w niedzielę odbywał się perski jarmark. Ludzie sprzedawali tam po prostu
wszystko. Można było też kupić płyty i kasety pirackie z muzyką rockową.
Na Wolumen przychodzili wszyscy. Muzyka płynęła szeroko przez Wolumen, kupowałem
płyty i czasem sprzedawałem je gdzieś w Polsce.
Gdzie na przykład?
Dużo jeździłem dużo do Trójmiasta. Do ludzi z tamtej załogi.
Jak ich poznałeś?
Umówiłem się z dziewczyną, która pojechała z rodzicami na wczasy do
Kołobrzegu. Powiedziałem, że ją odwiedzę. Po drodze zatrzymałem się w
Trójmieście i pojechałem do Sopotu. I patrzę, a na ławeczkach obok molo siedzą
punkowcy. Podszedłem i zagadałem. Miałem przy sobie płyty z Wolumenu. Sprzedałem
Szczepanowi kilka płyty, w tym trzy albumy Blag Flag. Nie podobało mi się, bo wszystkie
numery były do siebie bardzo podobne. Nie lubię hard cora.
Black Flag to kultowy zespół hard core z Kalifornii. A Szczepan to
wokalista legendarnej Trójmiejskiej kapeli Po prostu.
Zanocowałem wtedy u niego. I tak, wiesz, poznałem tych ludzi i później
zacząłem do nich przyjeżdżać.
Kogo tam spotykałeś?
Gucia, Stalówę, Adolfa…
..Adolf mieszka od dawna w UK. Ale w
latach 90. zapisał konkretny rozdział w Warszawie. Spotykaliśmy się na przykład
w Moskwie i Hooki Pookie.
Poza tym Hiena, Maskota… Już nie pamiętam, dawno to było. Kończyłem w
piątek pracę i na dworzec. I albo do Trójmiasta, albo do Torunia. Na zmianę, bo
w Toruniu też całą załogę znałem. I tak kursowałem przez jakiś rok.
A jak poznałeś załogę z Torunia?
Pojechałem na koncert z SS-20, czyli późniejszym Dezerterem. Przyjaźniłem
się ze Skandalem. Byłem na jego osiemnastce. Poznałem w Toruniu ludzi i poszło.
Tam się załoga spotykała na rynku albo w kawiarni Pod Atlantami.
To była potoczna nazwa kultowej knajpa Pod
Atlantem. Przychodzili tam artyści, pisarze, prawnicy, politycy.
I punkowcy.
Gdzie poszedłeś do pracy po
zawodówce?
Tutaj na Pradze w administracji byłem hydraulikiem. Po mieszkaniach
chodziłem i zdarzało się, że nie chcieli mnie wpuścić. Przez pierwsze dwa lata
miałem problemy, ale później to trochę poustawiałem. Pracowałem tak do osiemdziesiątego
drugiego roku. Skończyłem z tym, bo nie podobało mi się to. Ja tutaj na Pradze
po mieszkaniach chodziłem. To jest stare budownictwo, wszystko jest zamulone,
zardzewiałe, stare. Roboty od groma, kasa wtedy dość słaba.
Dlaczego nie ludzie chcieli cię wpuścić
do mieszkań?
Bo miałem na głowie irokeza.
Pierwszego irokeza w Warszawie.
Tak. Miałem białego irokeza. Drugiego parę miesięcy potem zrobił Iwan. On miał czarnego. Nieżyjący już Iwan był bratem Goga czyli
Tomka Korzuchowskiego. Perkusity Xenny.
Dokładnie. Miałem wysokiego i postawionego irokeza. Skórę i glany. I raz była
taka sytuacja, że lokatorka, do której przyszedłem z naprawą zadzwoniła na
milicję, że jakiś bandyta do niej przyszedł.
Kiedy zrobiłeś sobie irokeza?
W 1982 roku w stanie wojennym. Zobaczyłem
Wattiego z Explioted w jakimś fanzinie. On miał czerwonego irokeza i postanowiłem,
że też się tak ostrzygę.
Nie wiedziałem gdzie mam iść, żeby to zrobić i poszedłem do fryzjera na Dworzec Wschodni. W tej okolicy mieszkali dwaj znajomi załoganci Cybuch i Gibon. Poszedł ze mną mój kolega z osiedla, Hipis. Taką miał ksywkę, ale był punkowcem.
Hipis to była znana postać.
Super koleś.
Hipis
Zabrałeś do fryzjera zdjęcie Wattiego?
Tak. No i patrzę, a fryzjer to stary gitowiec, z kropką w oku. Opowiedziałem mu o co mi chodzi, a on na to: „Wiem, bo byłem w kinie i na kronice filmowej pokazywali z Anglii, jak na odkurzacz stawiają irokezy. Wiem, o co ci chodzi i załatwimy sprawę”. Ostrzygł mnie, zafarbował mi włosy i je tak polakierował, że trzymały się pięć dni, a potem przychodziłem do niego na stawianie. Bo myśmy prywatnych lakierów nie mieli. No i jak mnie obciął to od razu pierwsza awantura była.
Co się stało?
U fryzjera poza nami siedziało dwóch, trzech typów, no takich chamów, przepraszam za wyrażenie, spod Warszawy. Też się przyszli ostrzyc. Ten fryzjer mnie strzygł, a obok siedział i przyglądał się temu Hipis. I oni zaczęli go prowokować. Zaczęli mówić, że mnie zajebią. Ja też to zresztą słyszałem. Fryzjera mnie ostrzygł i poszedłem się farbować na dział damski. Stamtąd wróciłem z paskiem postawionym dokładnie tak jak trzeba. Wychodzimy z tego zakładu, a oni też się podnoszą. Wtedy ten fryzjer wziął brzytwę i poszedł z nami. Zakład był na piętrze. Schodzimy po schodach, a oni idą za nami. No i wtedy on się zatrzymał się wyjął tę brzytwę, otworzył ją i przełożył sobie przez palce zaciśniętej pięści.
Tak jak kastet?
Tak. I zapytał: to który pierwszy? Zamurowało ich. Odprowadził nas do taksówki. To był fajny koleś, bardzo się z nim potem zaprzyjaźniłem. Siedział kupę lat i w więzieniu kurs zrobił fryzjerski. Pojechaliśmy z Hipisem taksówką do Remontu. Jak wszedłem do klubu to zapanowała ogólna radość.
U góry od lewej: Hipis, w środku Skrzypek, po prawej nieżyjący już System.
W stanie wojennym chodzenie po ulicy z irokezem było aktem odwagi.
Na Pradze na ulicy miałem spokój. Korowody zaczynały się gdy jechałem na miasto.
Na przykład jak w piątek do Remontu jechałem na koncert to miałem gotowy schemat. Wychodząc z domu pierwszą kontrolę zaliczałem na Pradze przy Miśkach, czyli przy ZOO na dzisiejszej Starzyńskiego. Milicja stała i spisywała. Tam wsiadałem w tramwaj. Jak trafiłem czwórkę, to było dobrze, bo dojechałem docelowo do centrum i szedłem piechotą jakiś kilometr do Remontu. A jeżeli nie było czwórki, to dojeżdżałem do Placu Bankowego, żeby się przesiąść. Tam od razu była kontrola i spisywanie. Pokazywali na znaczki i mówili: odepnij to! A ja na to: sam sobie odepnij. A jak się zabierali za odpinanie, to było: gdzie z łapami? Taki byłem wyszczekany trochę. Koncert się kończył wieczorem, a od godziny 22 była godzina milicyjna. W tramwajach nie było już od tej porze nikogo. A milicja stała na posterunkach i kontrolowała czy nikt nie jedzie. Kładłem się na podłogę. Tramwaj zwalniał, a oni lustrowali. A potem jak wysiadłem, to moim zadaniem było jak najszybciej dotrzeć do domu. Biegłem od przystanku, a oni za mną. Tyle, że ja wiedziałem gdzie są przejściówki, bramy. Nie mieli szans. Ale raz im pomogłem.
Jak to?
Szliśmy z bratem po ulicy. No i stał patrol, dwóch chłopaków z owczarkiem. Ładny był. Podeszliśmy i pytamy: skąd jesteście? Powiedzieli i wiadomo, że byli skądś z Polski. Zapytałem czy nie boją chodzić po Pradze? Odpowiedzieli, że mają broń, psa i tak dalej. Wiesz, ja lubię zwierzęta, a szczególnie psy. Zapytałem czy mogę pogłaskać ich psa. A jeden z nich mówi: „No, nie radziłbym”. Powiedziałem, żeby zrobił tak, że mogę go pogłaskać. Przytrzymał go, a ja pogłaskałem. A potem powiedziałem: „Słuchajcie, tu jest niebezpiecznie. My was odprowadzimy na komendę”. Kolesie zakumali, że to nie żarty. Przyjechali z Polski i nie wiedzą co to Praga. Powiedzieli ok. Wziąłem tego owczarka i go prowadziłem. Odprowadziliśmy ich na komisariat na Cyryla i Metodego. Od dawna już go nie ma.
Koncert w Remoncie. Od lewej: Hipis, nieżyjący już Iwan i Skrzypek.
Te koncerty w Remoncie to był totalny odjazd. Dezerter i Xenna grały rewelacyjnie.
Zjeżdżali się ludzie z całego miasta i okolic.
Był w załodze podział na dzielnice?
To zostało z gitowskich czasów. Były czasem awantury z tego powodu. Ja się z Tycem biłem przecież. Solówkę mieliśmy. Był koncert jakiś, nie pamiętam, kto grał, ale pewnie Dezerter i Xenna. No i wiesz problem jakiś się zrobił. Wyszliśmy z Tycem z klubu, ludzi wyszli za nami, koncert został przerwany. Wszyscy chcieli zobaczyć, co się będzie działo. Poszliśmy na Pola Mokotowskie, tak z brzegu od razu. Wiedziałem, że Tycu boks trenował wcześniej. Bo on był niezły przecież, umówmy się, kawał chłopa. No i pamiętam, że go ustawiałem tak, żebym ja na górce trochę był. I wtedy mogłem go dopiero, ogarniać trochę, będąc wyżej. Ale to było, jak to się mówi, do pierwszej krwi i tyle. Myśmy nigdy nie mieli do siebie złości żadnej. Zawsze kumplami byliśmy, ale wtedy akurat tak wyszło. Ja dostałem parę strzałów, on dostał parę strzałów, skończyliśmy, piątkę przybiliśmy i było po temacie.
"Osiemnastka" Goga, czyli perkusisty legendaknej formacji tzn. Xenna. Od lewej Iwan, Sidney (nieżyjący basista Xenny) i z fajkiem Skrzypek.
Siostra Roberta Tyca, Agnieszka, wspomina cię tak, że miałeś wygląd, ale jak się ciebie poznało to okazywało się, że jesteś normalnym poważnym facetem.
No to nieźle, Agnieszka to zapamiętała.
A tu na Pradze jak było na ulicy?
Zobaczyli, że nie jestem jakiś, wiesz, ułomek i cykor. Miałem spokój. Wiesz, mogłem iść o drugiej w nocy pijany czy coś. Mnie tu nikt nie zaczepił. W tamtych latach najpierw trzeba było przetrwać ten pierwszy trudny moment, gdy wychodziło się tak na ulicę. A jak przetrwało, to był luz. Przed wszystkim nie można było wymiękać. Ja się nie bałem. Wolałem nawet z dwoma, trzema się bić, a nie lać jednego.
A dostałeś kiedyś taki łomot, że musiałeś się zbierać z gleby?
Nigdy. Nigdy nie było tak, żebym padł albo coś i prosił albo coś. Ja nigdy się nie poddawałem, wiesz, jeżeli chodzi o bicie. Nawet jak upadłem to się podniosłem i dalej napierdalać się chciałem. Zresztą, wiesz, mnie wszyscy znają, ci, co mnie znają, i wiedzą, że byłem pierwszy do napierdalania, jeżeli zadyma, coś się tworzyło i tak dalej, to wiesz, przed szereg wychodziłem.
Taki dobry byłeś?
Znam podwórkową, uliczną bijatykę.
Co to jest?
Wszystko. Ale przede wszystkim boks. Oprawianie pięściami, bo jest najlepsze.
Jak się nauczyłeś tak walczyć?
Nikt tu się nie uczył bić. Tego samo życie nauczyło. Od dzieciaka miałem awantury.
Ktoś przychodził z innej ulicy i trzeba było się napierdzielać. I tak to szło. Wiesz, trzeba umieć uderzyć z kolana, z łokcia, z głowy. I do dzisiaj, ja nie pęknę nawet przed dwudziestolatkiem. Może być kozak, ale ja wyłapię jakiś rytm, to gdzie mogę mu pierdolnąć. No chyba, że mnie obali, wtedy już jest inna bajka. Kiedyś, wiesz, były tak zwane solówki. Jeżeli szedłeś na solówkę to nikt nie miał prawa z boku cię pierdolnąć. I nie było w walce strzału nogi, łokcia, ani głowy, tylko same pięści. Bez parteru.
Kto był w latach 80. największym utrapieniem punkowców?
Popersi.
Diskomani z grzywkami i w spodniach pumpach.
Po mojej stronie Targowej tylko ja i Hipis byliśmy punkowcami. Cale osiedle to popersi.
Zaczepiali nas, a my ich. Notoryczna zadyma. Wojna można powiedzieć. Bójki. Kiedyś na Starówce byłem w Krokodylu. Taka knajpa była.
Też tam regularnie chodziłem.
Przy innym stoliku siedziała grupa popersów. Chciałem zapalić papierosa i podszedłem pytając czy mają zapałki. Jeden z nich odwrócił się i powiedział: spierdalaj. Pomyślałem: skądś go znam. Upłynęło parę dni, wracam do domu wieczorem. Jak zwykle stali popersi w bramie. Mieszkałem w przedwojennej kamienicy na Panieńskiej. Zauważyłem tego gościa z Krokodyla. Podszedł i od razu strzeliłem go z głowy i poprawiłem ręką. Nic nie zrobili. Myśmy się tam wszyscy znali z widzenia. Każdy wiedział, że nie warto sobie robić problemów na osiedlu. Z popersami miałem jedną bardzo słabą historię.
Co się stało?
W 82 roku założyliśmy kapelę. Graliśmy covery. Mieliśmy bardzo zdolnego gitarzystę. Miał ksywkę Hamulec. Dlatego, że do skóry miał przyczepioną rączkę z hamulca bezpieczeństwa z pociągu.
Nie słyszałem nigdy o takim gitarzyście.
To był Piotr Klatt.
Wokalista Róż Europy.
Tak. Na basie był Gibon, na bębnach grał Cybuch, a ja śpiewałem. Zrobiliśmy kawałki i ktoś puścił w miasto informację, że na Pradze w kanciapie Skrzypek daje koncert. Przyjechało trochę ludzi. Stanęli na ulicy przed kanciapą. No i wyszli do nich popersi. Dużo. Załoga się wycofała.
A kapela?
Hamulec poszedł na studia, Cybuch do wojska, a Gibon do Staży Przemysłowej. Koniec tematu.
Szkoda. A gdzie na Pradze spotykała się załoga?
W tamtych latach czegoś takiego nie było. Przed koncertem w Remoncie umawialiśmy się przy miśkach. Przyłaziłem tam często sam, bo nie miałem jakichś kolegów. Ja w ogóle sam raczej łaziłem. Ludzie się pod miśki schodzili i robiła się ekipa. No i jeżeli się coś działo, to ja mogłem liczyć na nich, a oni na mnie. Spotykaliśmy całą prawobrzeżną Warszawą i jechaliśmy na koncert do Remontu. Nieraz pięćdziesiąt osób wsiadało do tramwaju i zaczynało się szaleństwo. Tramwaj był cały rozbujany. Ludzie na pierwszym przystanku wysiadali. Alpagi leciały po drodze, burda jedna wielka i chaos. Potem człowiek nie mógł uwierzyć, że to było naprawdę, bo po prostu, kurwa, to było niemożliwe. I wiesz, to wszystko było wokół tej muzyki. Muzyki i ubioru. Który nosiło się od rana do nocy.
W praskim parku przy ZOO. Od lewej: Siwy, Oxford, na rowerze Hipis, po prawej Skrzypek.
Jak punk, to punk. Cały czas był ten sam wygląd.
Dokładnie.
No i klej. Ostrzy punkowcy wąchali klei.
Ja nie wąchałem.
Z klejem kojarzy mi się Robert Tyc.
Ja Tyca na Krakowskim Przedmieściu spotkałem kiedyś. Wsiadłem do autobusu i patrzę a on jedzie na rowerze, obok z torbą z klejem. Jedzie i tej klei wącha. Zobaczył mnie i tą torbę zaczął w szybę walić. No jazdy były. Wiesz, szkoda mi kolesia, bo porządny był.
A trawa?
Trawa mi nigdy nie służyła, próbowałem na początku lat osiemdziesiątych parę razy palić. Fajne jazdy miałem. Muzyka się fajnie słucha. W tramwaju cztery osoby coś tam rozmawiały a ja wszystko słyszałem jak stereo praktycznie. Ale mi nie służyła, dlatego bo się zawieszałem. Potem na początku lat dziewięćdziesiątych jeszcze trochę pojarałem, jak pojechaliśmy ze znajomym autostopem do Amsterdamu. Ale to tyle.
Skrzypek był jednym z pierwszych "ciężkich" punkowców. Załogantów ubranych w skóry i glany. Ludzie z najstarszej załogi, tacy jak Tomek Lipiński czy Robert Brylewski, mieli znacznie mniej stritowy flow. Nosili marynarki, tenisówki, grzywki... Na tej focie widać jak wyglądała skóra Skrzypka po spotkaniu z patrolem ZOMO. Młodzi milicjanci mieli puszkę białej farby i pędzel. Jak opowiada Skrzypek namalowali mu na plechach: 7 marzec 83 rok XX wiek. Powiedzieli, że to będzie znak, że nie jestem z kosmosu.
Jakie, tak ogólnie, były dla Ciebie lata osiemdziesiąte?
Zajebiste. Wiesz, fajne było, że koszulkę sobie sam zrobiłeś, tak? Wprasowanki jakieś, znaczek i tak dalej, nie? Mój pokój był całkowicie zaklejony plakatami. Miejsca było sporo, bo tylko jeden regał stał, ale sufit też zakleiłem. W 1988 roku wziąłem ślub. To było na działkach na Saskiej Kępie w pałacyku. Byłem ubrany w glany, skóra, znaczki i miałem włosy zafarbowane na biało. Zaprosiłem załogę, przyszli wszyscy. Zakres, Tycu, Adamiak, Siwy, Ćwiara. Mięliśmy za sobą z żoną flagę brytyjską. Każdy chciał się znaleźć w Londynie. Mieć dostęp do tego, co oni mają. Do tych wszystkich gadżetów, które u nich były dostępne, a u nas niestety nie. U nas pieszczochy i wyćwiekowane paski robiło się samemu. Najpierw trzeba było kupić skórzaną szeroką bransoletkę, a potem ją nabić ćwiekami. Po ćwieki jeździło się na Próżną.
Do zakładu prawie na samym początku ulicy od strony Marszałkowskiej.
Już nie pamiętam czy one były na wagę czy na sztuki. Potem na Ząbkowskiej powstała tak zwana Dziupla i tam było od razu gotowe pieszczochy.
Sławny, nie istniejący pod dawna rock shop. Chyba już z piętnaście lat temu napisałem artykuł o tym, że ciuchy i gadżety w punkowym stylu można kupić w sieciowych butikach w galeriach handlowych. To było ostateczne skomercjalizowanie stylu punk.
Teraz idziesz do sklepu, kupujesz i masz wyjebane na wszystko.
Punk is dead?
Punk not dead. Są kapele, koncerty, festiwale. Mocne środowisko. Po prostu wszystko się pomieszało. Teraz diskomani chodzą z irokezami. Czasami jak wchodzę do knajpy, baru to widzę, że jest gość z irokezem, cały obdziergany. Ale co on reprezentuje? Ja nie wiem w ogóle, po co, to jest? Jaki to ma cel?
Chodzi o to, żeby wyróżnić w tłumie.
Dokładnie.
A jaką ideologię mieli punkowcy?
Skoro już tak wchodzimy na ten temat, to wiesz, ja jestem polityczny trochę. Ja zawsze z komuną walczyłem. Należałem wtedy do Solidarności. Na wszystkie zadymy uliczne chodziłem. Ludzie w administracji o tym wiedzieli i jak było wiadomo, że coś się będzie dziać na mieście, to o trzynastej słyszałem: panie Michale, jest pan już wolny. I szedłem i kamieniami napierdzielałem i wpierdole też dostawałem od ZOMO.
Spotkałeś się z zainteresowaniem swoją osobą?
W osiemdziesiątym drugim roku chodziłem z irokezem i w skórze ze znaczkami na Spójnię nad Wisłą, gdzie się z Wrzeciona Wolumen przeniósł. Zbierałem płyty, kupowałem, wymieniałem. No i któregoś razu podchodzi kobitka. Dzień dobry, czy możemy porozmawiać? Ja mówię: o czym? Nie znam jej, ani nic. Była normalnie ubrana. No i ona mówi: „Ja jestem tutaj z przyjacielem, jesteśmy z czasopisma Stern”. Wiedziałem, że zachodnioniemiecki miesięcznik. I powiedziałem, że tak. A ten koleś powiedział: „Czy mogę wywiad przeprowadzić i parę zdjęć zrobić?”. No to ja mówię, że za parę browarów, nie ma sprawy, tak. Wtedy z pod lady tam sprzedawali, wiesz, browary. Wypiliśmy parę browarów, a on w międzyczasie mi zdjęcia robił. Z ukrycia, bo ona powiedziała, że oni są tu nieoficjalnie. Poszedłem z nią, chodziłem po tym nowym Wolumenie. Rozmawiali, wiesz, i tak dalej. Na temat polityki też i tutaj naszego, tego punk rockowego ruchu, że tak powiem. Opowiedzieliśmy sobie wszystko i za parę miesięcy, nie pamiętam, co to za panna mi Remoncie powiedziała: „Skrzypek, jesteś w „Sternie””. I pokazuje mi „Sterna”, masz zobacz! Patrzę, a na całą stronę zdjęcie moje jest. A to była, kurwa, poważna gazeta! To ja tego Sterna od niej wziąłem, wyrwałem zdjęcie i jej oddałem. „No, co ty robisz?”, była w szoku. A ja chciałem mieć to zdjęcie, no nie? I mam je do dzisiaj.
Po tym jak przestałem być hydraulikiem, to zacząłem pracę w Wytwórni Filmowej przy Chełmskiej i tam…
Skrzypek w "Sternie".
Co robiłeś w wytwórni filmowej na Chełmskiej?
Pracowałem w wydziale budowy dekoracji i jako dyżurny planu.
A jak się dostałeś do tej roboty?
Nie pamiętam, ktoś mi jakieś namiary dał. Powiem ci, zajebista praca. Wyjazdy wszędzie, wiesz, nowi ludzie. Cały czas, wiesz, coś się kręciło, no nie? Także wszedłem w filmowe klimaty. I znajoma, która tutaj koło mnie mieszka, no starsza ode mnie zapytała czy ja bym wystąpił w tym filmie?
O jaki film chodziło?
„Być człowiekiem”. Ona znała Juliana Pakułę, który ten film reżyserował.
Skrzypek jako statysta. Drugi od lewej.
W 1983 roku byłem na planie, zdjęcie powstawały między innymi w nieczynnej starej łaźni obok Nowego Światu. Grało kilka kapel w tym SS-20.
Ja niestety nie byłem.
Dlaczego?
Zaraz do tego dojdziemy. No i ta panna mówi, czy ja bym zagrał w tym filmie, a ja na to, że musiałbym pogadać z reżyserem. No to przyjechała z nim, na Pragę tutaj do mnie. Miły człowiek. Na metę poszedłem, kupiłem wódkę. Piliśmy z gwinta. Ona, on i ja. No i porozmawialiśmy, a później poszedłem po drugą butelkę. Umówiliśmy się, że zagram.
Ale już za trzy miesiące siedziałem w pudle.
Za co cię zamknęli?
Dycha.
W starym Kodeksie Karnym z 1969 roku to sławny artykuł 210, czyli rozbój. Dobrze mówię?
Tak.
Długo?
W sumie dwa lata
Zrobiłeś komuś krzywdę?
Nie. Nikomu nic nie zrobiłem. Facet na milicję poszedł i zgłosił napad. Nie był stąd. Przyjezdny.
Zgarnęli cię z domu?
Już nie pamiętam nawet. Z domu, albo z miasta. Byłem charakterystyczny.
Gdzie siedziałeś?
Na początku na Białołęce. Raz dziennie pół godziny spaceru i raz w tygodniu łaźnia. To było jedyne wyjścia z celi. A później wyszedłem na pół roku i abarot na Służewiec.
Grypsowałeś?
Oczywiście. Byłem wychowany na Pradze i znałem te tematy. Jak wchodziłem na Białołękę
to miałem szerokiego irokeza czerwonego, glany i skórę. I sobie myślałem: będę miał przejebane. Ale nie, w ogóle. Dlatego mnie na „wychowanie”, do celi z recydywą. Nie będę ci opowiadał, jak to przebiega. Ale było tak, że wieczorem pod celą grali w pokera. Na przysiady. Zapytali: „małolat, zagrasz?”. A ja na to: „A mogę?” Bo chciałem być grzeczny, uprzejmy i tak dalej. I graliśmy we trzech. Pierdolnąłem ich na grubo, na 300-500 przysiadów. No i wiesz, im to się spodobało, że małolat jest ogarnięty. Był taki typ, co tam za jakąś obrączkę ukradzioną pod Warszawą siedział i dolne łóżko miał. Najlepsze. Następnego dnia powiedzieli mu: idziesz na sianko [czyli na materac – red.], a małolat na łóżku będzie spał.
Dotarłem do mnie historia o numerze z Arabami w Remoncie. Opowiesz?
To było jakiś tydzień po tym jak pierwszy raz wyszedłem z więzienia. W 1985 roku. Siedzieliśmy w Remoncie na dyskotece. Ja, Agnieszka Tyc i jej koleżanka Asia. Mieliśmy swój stolik. Zamawiałem, piliśmy sobie. Za którymś razem, gdy podszedłem do baru, to podbiło do mnie dwóch Arabów. Myśleli, że jestem ich opiekunem.
Alfonsem?
Tak. Zaproponowali pieniądze za numer w akademiku obok. Czyli w Rivierze.
Ile zaproponowali?
Po pięćdziesiąt dolarów dla każdej dziewczyny i dodatkowo dziesięć dla mnie za fatygę. Wtedy to była kupa pieniędzy. Pomyślałem, że można zrobić numer. Podszedłem do dziewczyn i powiedziałem im co jest grane i jak to wszystko ułożyłem. No i poszliśmy. Oni w ogóle nie rozumieli po polsku. Coś im się zdawało i takie coś sobie wymyślili.
Rozmawialiście po angielsku?
Trochę w więzieniu się uczyłem. Dogadaliśmy się. Poszliśmy na górę. Nie pamiętam, które to było piętro, piąte czy szóste. Pojechaliśmy w piątkę windą. W pokoju postawili na stole Wyborową. 0,7 litra, plus coś do popicia. Dali kasę. Zacząłem coś tam z nimi rozmawiać. Tyle o ile, bo się nie znaliśmy. W końcu jeden z nich dał znak, że chce żeby jedna z dziewczyn obok niego na łóżku usiadła. No to ja powiedziałem, że dziewczyny się najpierw umyją. Oni powiedzieli, że ok. Powiedziałem do dziewczyn, żeby nie szły do żadnej toalety, tylko od razu schodziły na dół. I żeby wyszły z Riviery i czekały na mnie w Ulubionej.
Czyli w kawiarni obok Remontu, w które spotykała się załoga.
Tak. Poszły. Po kilku minutach jeden z nich wyszedł na korytarz, a potem poszedł sprawdzić do łazienki. Ja w tym momencie wiedziałem, że już jest koniec bajery. Wziąłem ze stołu tę butelkę wódki. Wypite może było ze trzysta gram. Ten który został chciał mnie zatrzymać, ale go popchnąłem i wyskoczyłem z pokoju. Zbiegłem na dół schodami, na pełen gaz, po ścianach. Ten pierwszy zjechał już windą na dół, a ten drugi nie mógł mnie dogonić. Leciał gdzieś z tyłu. Wybiegłem z Riviery i ten pierwszy pojawił się za mną. Stanąłem przed wejściem, pod schodkami. A on zaczął machać nogami i rękami, jakieś karate takie. Krzyczał do tego jak w filmie. Podbiegł do mnie i zajebałem go butelką. Padł. Poleciałem do Ulubionej. Dziewczyny czekały. Zaczęliśmy się zastanawiać co dalej i wymyśliliśmy, że pojedziemy do Jarocina. A z Jarocina pojechaliśmy sobie na zakupy do Pewexu w Poznaniu. Kupliśmy sobie browaru, jakieś szynki w puszkach, jak na tamte czasy, to na bogato. W Jarocinie się z dziewczynami rozstaliśmy i ja pojechałem z chłopakami z załogi do Trójmiasta.
Miałeś w latach 90. kontakt z półświatkiem?
A kto nie miał? Pamiętasz Oxforda?
No pewnie. Sprzedał mi w 81 roku na Wolumienie znaczek Sex Pistols. To był mój pierwszy znaczek. Oxford jąkał się i był zabawny.
Zajebisty koleś. Jak jeździłem na przykład do Torunia, to on ze mną jeździł. Ja to takim weekendowcem byłem. W Warszawie nie siedziałem właściwie. Tu się nic nie działo tak specjalnie, a tam, wiesz już coś innego. Lubię to i do dzisiaj podróżuję. No i na przykład zajeżdżamy, jesteśmy po piątej rano w Toruniu na stacji. Z pociągu się wymykamy, idziemy w krzaki. No bo do szóstej była godzina policyjna. Ale później, po szóstej już można było śmigać. On potrafił Chaplina udawać, był wesoły. Lubiłem go. Fajny koleś. Słyszałem, że on wyjechał Bieszczady i jak to się mówi „barany pasł”. Później wrócił i na skrzyżowaniach szyby mył.
Czemu o nim teraz opowiadasz?
Słucha, to było w dziewięćdziesiątym drugim. On wtedy dilował trochę. I chciał, żebyśmy dilera wyjebali. Ja miałem Forda Grenadę. A on mówi: podjedziemy samochodem, to jest minuta roboty. Ale ja mówię: nie, nie, piszę się na to.
Z kim masz kontakt z pierwszej załogi?
Z Zakresem i z Siwym.
Zakresa się bałem. A Siwy był fajny.
Miał raka i przeszedł chemioterapię. Mieszka na Woli. Z resztą załogi nie mam praktycznie.
Bo na 100 osób, w tej chwili to 70 osób nie żyje z tego, co się znało. Chodzę na koncerty
i widzę ludzi młodszych o dziesięć lat. Z tych starych załogantów w Warszawie, to żyjemy tylko mu trzej. Siwy jest o kilka miesięcy starszy ode mnie. Zakres znów młodszy ode mnie o rok.
To jest dziwna sytuacja. Nie jesteśmy starzy, a tylu ludzie z tych klimatów nie żyje. Nie żyją bo się zapili, rozchorowali, poginęli w wypadkach?
Jest tak jak mówisz, taka jest sytuacja. Ja staram się oszczędzać, robię różne badania, biorę leki. Niektórzy tego nie robili, nie? I czekali do ostatniej chwili, a później się okazało, że jakby leki brał albo coś tam, to by przeżyli, ale było już za późno.
Wróćmy do Twoich losów. Kiedy wyszedłeś po tych dwóch latach z to jakie miałeś powitanie?
Wszedłem i wieczorem byłem w domu. Na drugi dzień do Cybucha zadzwoniłem. Wiesz, to było tak jakbyś pragnienie miał wody się napić, tak do Remontu mnie ciągnęło. Tego dnia nie
było koncertu. Ale w tamtym czasie ludzie tam przychodzili w tygodniu po prostu się spotkać w Ulubionej. Zadzwoniłem do Cybucha, on przyszedł w ramonesce i ja w ramonesce przyszedłem. Na czerwonej podpince, delikatnej, cienkiej. Na skórze kupa znaczków. Idziemy i koło Ulubionej podchodzi trzech typów: „O, jakie znaczki! Wyskakuj z tych znaczków”. Ja, wiesz, jeszcze taki byłem oszołomiony, bo dopiero wyszedłem, jak dzik, kurna. I mówię: „O co ci chodzi w ogóle?”. I tak dalej. W końcu pytam, a kogo ty znasz w ogóle? A on mówi, że zna tego, zna tamtego i że Skrzypka zna. Skrzypka? Tak, Skrzypka. Ja mówię, to ja jestem Skrzypek. A ten koleś na to, że dobra, ale odpinaj te znaczki. No to ja od razu, strzeliłem go w mordę. Drugiemu poprawiłem, trzeci już się nie wtrącał. Cubuch stał z boku sobie, wiesz, on był taki spokojny koleś i wiedział, że dam sobie radę. Później za godzinę przyszli i przeprosili.
Największa zadyma w Remoncie jaką widziałem była na przerwanym koncercie V Gwardii i U-Boot. Nagle na scenę wszedł Sidney i powiedział, że milicja bije naszych. To się zdaje się zaczęło od pobicia szyb w sklepie spożywczym.
Ja mam jeszcze o tej akcji artykuł z jakiejś gazety, o tym, że jest zły czas dla punkowców i tak dalej, nie? No i mam z prokuratury umorzenie ze względu na moje poglądy polityczne
Jak to?!
To było tak, że ja, Oxford, jeszcze ktoś, nie pamiętam kto był, szliśmy na koncert do Remontu. Tam gdzie się skręca na Trasę Łazienkowską i tam był Sam, sklep Sam.
A przed nim stał facet sprzedający warzywa. Chcieliśmy wejść i sobie alpagi kupić, no nie? Przed tym samem stało trzech czy czterech gitolaków. Nie będziemy inaczej mówić, tak?
Tak.
Jeden był o kuli. Ja z irokezem wtedy byłem i ten typ kulą jak mnie zobaczy, to zajebał mi od razu. No to ja tą kulę mu zabrałem i odrzuciłem, a on wpadł w te warzywa. No i zadyma się zrobiła. Zaczęliśmy ich prać, a oni się wycofali do sklepu, nie? Wskoczyli do środkla. No to my za nimi. W tym sklepie ludzie byli, i ja to widzę dzisiaj, jak kobieta koszyk sobie na głowę zakłada, żeby się zasłonić. Awantura po całości. I ten trzeci, ja z Oxfordem byłem, a ten trzeci poleciał do Remontu , który był dwieście metrów dalej i kolejka do kasy stała przed koncertem. Powiedział, że zadyma jest. No i to wszystko ruszyło do tego sklepu, nie? No i wjechali z szybami ze wszystkim, wiesz, rozpierdol całego sklepu, wszystkiego Wszystko rozpierdolone było. Cały sklep zdemolowany.
Notka prasowa o zadymie w sklepie spożywczym.
Grube straty.
Nie popieram tego. Ale takie były czasy. Jak wracaliśmy już z tego wszystkiego do Remontu na koncert, to ludzie skakali po samochodach. Wiesz, kiedyś to była normalna rzecz.
Tak, wiem.
Koncert się zaczął i wszystko było ok. No i nagle, wiesz, gaz. Milicja wrzuciła gaz do klubu i wszyscy zaczęli uciekać. Każdy wybiegał na zewnątrz. I prosto do lodówy nas pakowali nas do lodówy.
Lodówa to był niebieski milicyjny star. Widziałem jak odjeżdżał spod Remontu.
Przyjechały trzy Nyski i te lodówy wielkie. Zawieźli nas na Wilczą. I tam zrobili selekcję.
Przywieźli siedemdziesiąt osób, zatrzymali siedemnaście. Sporo było nieletnich. Ja, Oxford i jeszcze ktoś, już nie pamiętam kto, do dyspozycji prokuratora byliśmy. A wtedy to szybko szło, od razu, w ciągu jednego, dwóch dni robili sprawę.
A byłeś już po wyroku, więc mogli cię potratować ostrzej.
No, wiesz, to są inne zarzuty. To jest co innego.
Artykuł 115 kodeksu karnego: występek o charakterze chuligańskim.
Tak.
W ciągu jednego dnia mogła być sankcja prokuratorska?
Tak i prosto z aresztu na sprawę, do sądów na Alei Solidarności. Wiesz, każdy poubierany, tak jak był tak jak na koncert. Nie było szans się przebrać, żeby inaczej wyglądać. Ja łańcuchem dostałem, który sam nosiłem wtedy. Dostałem po łydkach tak, że glanów zdjąć nie mogłem. Plecy miałem całe w siatkę.
Jak to?
To były ślady od pał. I ja to na sprawie pokazałem. Zdjąłem skórę, koszulkę podwinęłem i pokazałem, mówię: „Proszę jak mnie potraktowano”. Sprawa została odroczona, a ja i Oxword zostaliśmy skierowani na badania psychiatryczne. Minęły dwa miesiące i nie doszło do żadnych badań. Był akurat amnestia i to pod czyn polityczny podciągnęli i zostałem uniewinniony. Mam to wszystkie papiery. Pytałeś czy punk to była akcja polityczna.
Wychodzi na to, że system potraktował to jako akcję polityczną. Demonstrującą w praktyce znaczenie punkowego hasła „Destroy”.
Mam na to papiery.
A jak się odnalazłeś w nowej Polsce po komunie?
Po komunie łatwiej było. Ja od osiemdziesiątego ósmego roku handlowałem na Bazarze Różyckiego szmatami i butami.
Gdzie stałeś?
W głównej alejce. Trzydzieści, czterdzieści metrów od Targowej.
Wow! Jak sobie załatwiłeś takie dobre miejsce na Różycu?
Brat handlował wcześniej i mnie wkręcił.
Miał budkę?
Stolik.
I nadal miałeś punkowy wygląd?
Kurwa, jasne. Pensję wtedy takiego przeciętnego pracownika w dwa dni zarabiałem.
Skąd były buty?
Jeździliśmy na południe.
Do Włoch?
Do Bielska Białej.
Jak to?...
Spód był oryginalny Made in Italia, no nie? A górę robili u nas. I to szło normalnie na sklepy. Kupowaliśmy to i bucie było sto, sto dwadzieścia procent zysku. Wschód wszystko łykał. Jak w jakiejś budzie z boku dżinsy nie szły, to braliśmy to na stół i leciało.
Handel na Różyckiego przysiadł, gdy zaczął się Jarmark Europa na Stadionie Dziesięciolecia.
A my tam przeszliśmy i handlowaliśmy tym samym. A ja założyłem firmę, Produkcja Galanterii skórzanej. Zatrudniałem ludzi i robiłem paski, saszetki na telefony, jakieś tam torebki czasami. Wszystko ze skóry i tak dalej, nie? Kaletnicza historia. Wstawiałem do sklepów po Polsce. Później zaczęło się, że duża konkurencja. Zaczęło się plaga z tego robić. Coraz więcej w ten temat weszło ludzi i ceny leciały w dół, bo zaniżali, żeby wejść na rynek. Całe lata dziewięćdziesiąte to był stadion. No i znowu Made in Italia. Towar przywozili z Włoch. Podróbki. Paski na przykład bo miałem Versace, Armani i tak dalej. Buty były oryginalne z Madrytu. I z drugiej strony ze wschodu, z Moskwy mi też przywozili podróbki. Bardzo dobre. Przebicia były po 100-200% na sztuce, nie? I ja kiedyś pomyślałem sobie: „No, to co on mi przywozi, zarabia na tym wszystko i tak dalej. To czemu ja mam sobie nie, nie, sam nie jeździć, przywozić, nie? I pojechałem chyba ze dwa, trzy razy do Neapolu, bo tam jest dobry bazar. Do Rzymu też zajrzeliśmy, w Rzymie drogo, ale w Neapolu ok. I wyobraź sobie, że spotkałem swojego dostawcę, kurwa, w Neapolu. I on się pyta: „Co ty tu robisz?”.
Ja mówię: „Przyjechałem do znajomych”. No i później pomyślałem, że właściwie to nie ma co jeździć, bo jak obliczyłem, że tu nie handluję, tracę w tym momencie, wyjazd kosztuje i tak dalej, także w sumie na jedno mi to wychodzi. No i przestałem jeździć.
Ale wtedy miałeś już chyba normalny wygląd?
Tak, wtedy już tak, bo musiałeś się odnaleźć, jeździłem po sklepach jako przedstawiciel swojej firmy. Wyglądałem normalnie, że nie jakiś sztywniak, w garniturze, tylko na luzie, taki tego, no nie? Kurteczka skórzana, adidasy. Dużo jeździłem, BMW piątkę miałem. I gdzie się nie pojawiłem, głównie na południu Polski, w Skoczowie na przykład bardzo często, to dwa tygodnie mieszkałem. Dwa, trzy dni w hotelu. W barach w hotelach bardzo dużo ludzi poznałem. Wszyscy myśleli, że ja jestem z mafii. I pytali się, czy ja płaczę haracz? A ja mówiłem, że nikomu nigdy nic nie płaciłem i nie mam zamiaru płacić.
Nosiłeś łańcuch?
Nie. Jak handlowałem na bazarze to nosiłem łańcuch i sygnet, bo to wszyscy nosili.
To ten łańcuch, który masz teraz?
Nie. To jest normalny, wiesz, to jest od żony. Tamten był dużo grubszy. Ten mi żona kupiła 2-3 lata temu. Dobra, a moglibyśmy wyjść zapalić?
Po godzinie rozmowy wyszliśmy przez bar. Skrzypek zapalił papierosa i pokazał na kamienicę po drugiej stronie. Tę na której wisi szyld Solarium. A potem zapytał:
Słyszałeś o Kręciłapce?
Byłem w Hybrydach na Wtorku Rapowym, gdy jego ekipa zabiła tego chłopaka.
Oficjalna wersja jest taka, że poszli go garażu, ktoś wyjął nóż, ktoś tego chłopaka popchnął, tak że wpadł prosto na otwarte ostrze.
Kręciłapkę odjebali w tym miejscu w 1997. Tutaj, w tej bramie. Z kawiarni, tu na górze, na radio. Tu była kiedyś kawiarnia. Bomba była ukryta w puszcze z korkami od elektryczności wiszącej na murze obok bramy. Wsiadł do swojego sportowego samochodu.
Odwracam się i patrzę na dom obok, którego stoimy. To jedno piętrowy pawilon, Na pierwszym piętrze nie ma już kawiarnia. Nie ma już chyba niczego. Okna są puste i brudne.
Kręciłapka to ksywka zabitego dawno temu gangstera. Trenował kick boxing, machał nunczakiem i na początku był skinheadem. Miał wtedy swoją załogę i ksywkę Arturas.
Znowu zaczynamy gadać. Skrzypek mówi:
Foto: Mariusz Wedziuk (archiwum "Rzeczpospolitej")
Jak oni zabili tego chłopaka, to ja się wtedy akurat znowu wpierdoliłem do pudła.
Kolejna odsiadka? To było już na początku lat 90.
Na początku w zakładzie dla nieletnich byłem osiem miesięcy. Potem siedziałem jeszcze trzy razy. Dwa lata, półtora roku i nie cały rok. W sumie pięć lat. Każdego dnia żal, że uciekł.. Czas ucieka. To się zaczyna z wiekiem bardzo wyraźnie rozumieć.
Znałeś Arturasa?
Tak. Ja do niego przyszedłem, po jakąś hantle. Miał w tym domu pokój, ze 40 metrów. Tam żył i to była jego siłownia. Miał też automat do gry w pokoju. A ja miałem gazowy rewolwer. Wiedział, że z nim chodzę i spytał się, czy bym mu go nie pożyczył. Dobra, mogę ci pożyczyć, powiedziałem. Poszliśmy do niego. I mówię: „To wiesz co, to ja sobie od ciebie hantle, wezmę, to sobie trochę pomacham”. I na dwa, trzy tygodnie, tak się umówiliśmy. No i przychodzę do niego, za te dwa, trzy tygodnie. On psa miał, nie pamiętam jakiej rasy, wielkie ostre bydle to było. Otworzył drzwi na łańcuchu. Ja mu tę hantle daje i mówię, że chce moją klamkę. A na to mówi: „Mam go puścić?”. Powiedziałem: „Słuchaj, kurwa, grabisz sobie”. A on już mocno stał.
No dobra, mamy teraz 2026 rok. Jak patrzysz na swoje życie wstecz, to czego żałujesz?
Choć trudno w to uwierzyć, ale po pięćdziesiątym roku życia wjebałem się w proszek i hazard. W koks i w amfa. Dwa tysiące pięć, dwa tysiące dziesięć.
Jak to się stało, że się władowałeś w twardy towar?
No widzisz, tyle lat upłynęło i nigdy bym nie przypuszczał, że ja się wpierdolę w twarde narkotyki, mając kurwa ponad pięćdziesiąt lat.
Jak to jest możliwe, żeby mając tyle lat wjechać w taki lot?
Miałem stresującą robotę. Nie będę opowiadał, co robiłem, ale to były stresujące sprawy. I to mnie trochę uspokajało, nakręcało i tak dalej, nie.
Odcinałeś się.
Też. Na pewno lepiej funkcjonowałem, bo tak to było tak jakbym odpuścił pewne sprawy
i był bardziej zdeterminowany. Było minęło. W styczniu skończę sześćdziesiąt pięć lat i
emerytura.
Jak wyszedłeś z dragów?
Byłem na terapii pięć miesięcy. I przerwałem terapię i rzuciłem wszystko. Kobieta psycholog powiedziała, że będzie mi ciężko, bo rzuciłem papierosy, rzuciłem kawę, odstawiłem w ogóle wszystko, nie? Zapytała, czy ja dam sobie radę. Bo nie powinno się odstawiać wszystkiego tak nagle. Powiedziałem, że chcę spróbować. Nie paliłem trzy i pół roku, no nie? Nie piłem alkoholu w ogóle. Niczego nie używałem, nigdzie nie chodziłem, bo ja do kasyn chodziłem grać, wiesz, i tak dalej. Nie tykałem nic, nie? Nie wyrzekłem się jednego, że będę palił papierosy i alkohol pił. No i jeździłem ze znajomymi po kasynach, woziłem ich też samochodem i obcowałem z nimi i mnie to nie ruszało. No nie powiem, nieraz do kasyna pójdę i pogram sobie trochę, ale nie tak jak kiedyś.
Co jest fajnego graniu w kasynie? Przecież wiadomo, że i tak się w końcu straci.
Nie, no dlaczego? Nieraz wygrasz.
Znasz ludzi, którzy wygrali?
Z osiedla, na przykład, koleżka zadzwonił, nie wiem, pięć lat temu, nie? Druga w nocy była.
I mówi: „Przyjechałbyś do kasyna i zabrał pieniądze? Prawie trzydzieści tysięcy wygrałem”. Pojechałem i zabrałem mu te pieniądze. Następnego dnia przyszedł i podziękował. Tysiąc złotych mi dał za to, że po prostu zaoszczędziłem, tak, jego pieniądze.
Ale ci, którzy dużo grają, to raczej przegrywają chyba?
Tak. To jest jaka z papierosami, alkoholem, narkotykami. To cię wciąga. Powiem Ci tak z perspektywy czasu, nie wolno po alkoholu grać, będąc pijanym. Ja karty czyściłem do spodu, wszystko do dna.
Bo nie mogłeś przestać i chciałeś się odegrać?
Dziesiątki tysięcy tak przepierdoliłem.
To w strasznie smutne.
Tak. Zostawmy to już, zostawmy. Ok, dobra, słuchaj, jeszcze jednego zapalę.
Czyli zostało tak, palisz papierosy i upijesz alkohol.
I czasami zagram.
Co czujesz gdy budzisz się rano?
Ja teraz jestem na rencie, bo ja się leczę psychiatrycznie, na depresję i stany lękowe.
Zależy jak się czuję, bo potrafię być w takim stanie na przykład dwa tygodnie, że mi się nie chce z łóżka wstać. To rzadko przychodzi, raz na pół roku, ale takie sytuacje się zdarzają.
Przede wszystkim staram być aktywny. Cały czas w ruchu, między ludźmi i tak dalej. I to mi pomaga, bo psychiatra nawet mi powiedziała, że muszę być między ludźmi.
Czego teraz słuchasz?
Na telefon ściągnąłem sobie ze 450 kawałków. Taką bibliotekę sobie zrobiłem. To jest składanka ze wszystkiego. Przede wszystkim punk rocka i Oi. Dla mnie nie liczy się to czy kapela jest lewacka czy prawicowa. Liczy się muzyka.
Niektórzy występujący w tym tekście ludzie jarali się skrajną prawicą.
Ja nigdy nie byłem faszystą. Byłem oi punkiem. Jak skinheadzi w 80-tych latach nosili czerwone sznurowadła w glanach, to ja też takie miałem, ale miałem włosy białe postawione.
Byłem oi punkowcem. Ale szczerze mówiąc, to zdarzały się czasem dziwne akcje.
Pod Mazowszem był, chyba w 2006 roku zlot załogi z Mazowsza. Czyli restauracji przy Marszałkowskiej, w której spotykali się punkowcy.
Dokładnie drugiej generacji załogi z Mazowsza. My z Zakresem, Tycem i Siwym byliśmy pierwszą.
Znajomy widział jak na tym zlocie hailujesz.
Nawet sobie nie przypominam, żeby coś takiego było. Byliśmy pijani. I może coś się wydarzyło. Ale ja nigdy nie byłem naziolem. Nie popierałem tego. Wiesz, to wszystko było mocno szalone. A ja chciałem zagrać wszystkim na nosie. A przede wszystkim komunistom.
A skąd ta ksywka Skrzypek?
A tak po prostu. A na imię mam Michał. Na koniec pozdrawiam wszystkich starych znajomych, a także tych z trochę młodszych załóg. Czubek, Pepus, Maniek, Przewoźny, Ciemny, Piła i chłopaków z Bródna.
Kilka lat temu w Warszawie. Od lewej: Pepus, Skrzypek, Zakres, Daniel.
Komentarze
Prześlij komentarz