Stara rozmowa z Tede
To było 26 lat temu. W 2002 roku. Byłem wtedy reporterem w "Gazecie Stołecznej”. Rap, hip hop był nadal czymś świeżym. A ja robiłem regularnie wywiady z raperami. Na rozkładzie miałem Molestę, ZiP Skład, no i rzecz jasna Tedego. On był pierwszą gwiazdą rapu z jaką się dziennikarsko przeciąłem. Spotkaliśmy się na podwórku na Służewiu. Siedzieliśmy na murku, na jego podwórku i świetnie się nam gadało. Byłem na bieżąco z jego twórczością. Spędziłem tydzień w Dębkach, moi znajomi byli totalnie zajarani polskim rapem, zamykaliśmy się w samochodzie, żeby słuchać Molesty i Warszafskiego Deszczu. Mój kolega oświadczył nawet, że jeden z kawałków Deszczu to nowa „Autobiografia”. Tak oczywiście się nie stało. Hip hop stał się szumem miasta. A stare wielkie rockowe songi są tam gdzie ich miejsce.
Warszafski Deszcz - jedna z
popularniejszych polskich grup hiphopowych, spędziła kilka tygodni w Nowym
Jorku, zagrała dwa koncerty. O nowych doświadczeniach rozmawiamy z liderem
Warszafskiego Deszczu raperem Tede.
Warszafski Deszcz to Tede i Numer Raz oraz DJ Mario. Początkowo zespół nosił nazwę 3 H (hard core hip hop). Wydanie debiutanckiej płyty pt. "Nastukafszy" było jednym z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego rapu. Niedługo Tede, Numer Raz i Mario zapowiadają wydanie drugiej płyty.
Alex Kłoś: Pierwszy kontakt z rapem w NYC?
Tede: Już na bramce na lotnisku. Przeszliśmy przez kontrolę z perypetiami, Numer musiał rapować, by udowodnić, że jest raperem, my z Marianem mieliśmy czarnych oficerów, którzy od razu złapali gadkę o raperach z Greenpointu i puścili nas bez problemów. Pierwszy koncert zagraliśmy na przedmieściach. Dla 80 osób, samych Polaków, ale za to w wielkiej sali. Następnego dnia pojechaliśmy do Nowego Jorku.
Szok?
- Ulice nie szokują, widziało się już to na tysiącach filmów. Czujesz się jak w filmie! Nowy Jork to miasto rapu. Prawie wszyscy są hiphopowcami. Starsi, młodsi, czarni, biali.
Biali?
- Czarnych jest przewaga, ale biali śmiało wyglądają tak samo. Byliśmy na imprezach, gdzie biali rapowali i wygrywali. Może ma na to wpływ Eminem? (śmiech).
Gdzie jeszcze graliście?
- Na Greenpointcie w polskim klubie "Exit". Tam wszystko było jak w Polsce. Napisy na ulicy, towar w sklepach, nawet robione u nas zupki Knorra. W sklepie muzycznym jest więcej polskich płyt hiphopowych niż w Empiku. Jak czegoś nie ma, to sami robią piraty.
Jest polska ekipa hiphopowa?
- Tak. Na koncercie było z 500 osób. Niektórzy robią sami hip hop, może za bardzo się nie wychylają, ale widać, że słuchają. Nic dziwnego, tam w co drugiej stacji radiowej leci hip-hop.
Pojechaliście w czarne rejony miasta?
- Byliśmy w miejscach, gdzie byliśmy jedynymi białymi. Ruch cztery razy większy niż na Marszałkowskiej. Jak na planie wielkiego teledysku. Kolesie chodzą ze złotymi kajdanami [łańcuchami - red.], medalionami, bransoletami, pierścieniami. Spodnie z niskim krokiem. Wychodzimy z metra, a jakaś kobieta około pięćdziesiątki freestyluje na schodach. Obok facet, który u nas zbierałby butelki, sprzedaje bootlegi Missy Elliott. Wbiłem się w szok. Spokojnie, pełen luz, nic, nikt się na nas nawet krzywo nie spojrzał. W sklepach wszystkie płyty hiphopowe.
Jak ten wyjazd wpłynął na Twoje życie?
- Miałem trzy takie momenty. Pierwszy to ten, w którym zacząłem robić hip hop, drugi wyjazd do Pragi, gdzie zobaczyłem imprezę hiphopową, trzeci - wyjazd do Nowego Jorku, gdzie spotkałem prawdziwy totalny hip hop. Zmieniło mnie to bardzo, zainspirowało na dalszą drogę życiową. Gdybym mógł, ufundowałbym taką wycieczkę polskim raperom. Krajowy hip hop zmieniłby się radykalnie w ciągu tygodnia. Tam po prostu się to robi, a ludzie słuchają tego, na co mają ochotę. U nas mówi się, że amerykański rap jest komercyjny, ale oni tam mają po prostu inne podejście. Wielu z amerykańskich kapel, które są popularne u nas, tam nikt nie słucha, bo się nie rozwijają, tylko grzeją dupę w domu.
Ogrom tego miasta może chyba przytłoczyć?
- Tak. Ale możesz wyjść na ulicę i być tym, kim chcesz. Nie ma chamów z zakazanymi mordami, z grubymi karkami, w dresach z ośmioma paskami. Po prostu ich nie widać. W Warszawie ludzie chodzą po ulicach najszybciej w Polsce, tam na ulicach ludzie chodzą powoli, w zwolniony tempie. Kiedy ląduje się w Warszawie, to jest tak, jakby się wylądowało w jakiejś wiosce pod hipermarketem. To można zmienić. Dlatego trzeba jeździć, by rozwijać się mentalnie".

Komentarze
Prześlij komentarz