Wojciech Wiśniewski. Zemsta na czasie
Wojciecha Wiśniewskiego dane mi było spotkać mniej więcej rok temu. Od tamtej pory widujemy się kilka razy w miesiącu. Ta znajomość nie jest oparta na gruncie literackim, a wręcz przeciwnie, pomagam panu Wojtkowi w kwestiach transportowych, ma 93 lata i solidny punkt podparcia jest nieodzowny. Ale rzecz jasna, przeczytałem dwie książki, które w ostatnich latach napisał. Ta na zdjęciu jest całkiem świeża.
Wojtek, jesteśmy na ty, to pisarz tworzący literatę faktu. Można temu jedynie przyklasnąć, bo jego teksty mają taki ładunek reporterski, że grzechem byłoby zakopanie tych historii. Niedopowiedzenie ich światu. Wojciech Wiśniewski napisał o tym co przeżył, co widział i czego doświadczył. Gdy miał jedenaście lat był gazeciarzem w Powstaniu Warszawskim. Potem szedł przez życie wyboistą drogą dziennikarza i literata. Wykonując przy okazji całkiem inne zawody, był m.in. barmanem, szklarzem i instruktorem w domu kultury. Stał się autorem pierwszorzędnych wywiadów z ludźmi kultury. Był przez wiele lat dziennikarzem „Świata Młodych”, prowadził dział kultury w tygodniku „Na przełaj”. Pisał książki dla młodzieży, słuchowiska, miał audycje w późniejszej Radiostacji. Nie wstąpił do PZPR i został przez czerwonych wystawiony na niejedną próbę charakteru.
Poznał wszystkich ważnych graczy na tym boisku.
A wreszcie natknął się na moją skromną osobę. A ja, rzecz jasna, korzystam z tego daru. Wojtek, choć pochylony ciężarem lat, ma umysł i dowcip wciąż młody. Zero zadęcia. Gadamy na luzie i mimochodem padają konkrety i pytania. Anegdoty i rzeczy poważne.
Ma piękny styl. Pisze barwnie, obrazowo, z idealnym wyczuciem. Ilość szczegółów, smaczków, ulotnych wrażeń, obrazów jest mocno zaskakująca. Miałem wrażenie, że czytam tekst napisany przez osobę w średnim wieku, która opowiada o tym co nie dawno przeżyła. A przecież jesteśmy na Placu Zbawiciela zimą 1940 roku. Widzimy koksownik na przystanku i ludzi ubranych w co tylko się dało. Mróz jest okropny i wszędzie są Niemcy. Oczami Wojtka wpatrujemy się w ogień. Z takim zapamiętaniem, że na odmrożonych dłoniach robią się wkrótce otwarte rany. Jedynym ratunkiem jest metoda babci, która szyje wiązane woreczki, do których pakuje kiszoną kapustę i dłonie wnuczka. Ból jest straszny. Ale po tygodniu ręce są zdrowie. Nie ma ran i opuchlizny.
Wojciech Wiśniewski opowiedział tym razem o pisarzach. Tych ponadczasowych i tych już zapomnianych. Są więc Stanisław Dygat, Juliusz Gomulicki, Anna Świerczyńska, Józef Morten, Erwin Kruk, Ernest Bryll, Edward Redliński, Marian Brandys, Kazimierz Dziewanowski, Bohdan Czeszko i Bogdan Wojdowski. Ile z tych postaci znałem? Góra trzy. Taki już los pisarza. Z całej ławy autorów tworzących pokolenie z czasem wygrywa ledwie kilku. Nie pokuszę się o próbę wskazania tych spośród współczesnych, których dotknie nieśmiertelność. Poza Masłowską, bo ona klasyczką stała się na wejściu.
Piotr Wojciechowski (literat, któremu w sensie warsztatowym i energetycznym, Wojtek jak sam przyznaje, zawdzięcza najwięcej) w posłowiu napisał: „Poznajemy pisarzy, którzy wybrali zawód dla kariery, z lenistwa lub dla radości tworzenia, poznajemy też piszących, którzy poczuli, że trzeba dać świadectwo temu co przeżyli. Widzimy więc także takich, dla których pisarstwo, jak wszystkie inne zawody artystyczne, jest zawodem ryzyka, wejściem w loterię losu”.
Wojtek nie pisze już na maszynie ani na komputerze. Napisał książkę na kartkach, które przepisała redaktorka Halina Guryn. Tak powstało 170 stron koronkowej opowieści.
- To Twoja zemsta na czasie - powiedziałem mu po lekturze.
- Rzadko się zdarza, żeby ktoś w dwóch słowach oddał sens książki - odpowiedział.
Miły z niego facet. Stoimy po dwóch stronach politycznego uniwersum. Ale to bez znaczenia. Dlaczego?
- Jest wojna! - powtarza Wojtek.
Jaka? Mniemam, że dobra ze złem.

Komentarze
Prześlij komentarz