Exit. Historia o klubie na przedmieściach

 


Ja zawsze mówiłem, że to jest wasze miejsce. To wy tworzycie to miejsce. Była taka ideologia. Poczucie jedności. Z różnych sfer. Od bogatych do biednych. Od polityków do bandziorów - mówi Czarek, który na początku lat 90. prowadził kultowy klub Exit. Pierwszy w Warszawie prywatny klub muzyczny po przemianach ustrojowych w 1989 roku.    
 
To był mój pierwszy raz w Exicie. Klubie zagubionym gdzieś na bocznych uliczkach podwarszawskiego Zacisza, w labiryncie na obrzeżach praskiego Targówka. To było w prywatnym domu, wchodziło się przez solidne drzwi, a za parking robiło podwórko za bramą. Byłem zaskoczony tym co tam zobaczyłem: ludźmi, wysokim nie wykończonym betonowym barem i stołem bilardowym, pierwszym, który zobaczyłem na mieście. Czarek ważył wtedy pewnie ze stówę. Wysoki, duży, włosy ciemny blond, solidna szczęka i czoło, którym można rozwalić regał. Zaraźliwy tubalny śmiech i szare oczy świecące jak światła samochodu. Siedziałem przy wysokim barze, a on stał po drugiej stronie. Już kiedyś się spotkaliśmy. Nie pamiętał tego raczej. Jakieś pół roku wcześniej w Remoncie, na czwartku jazzowym. To było cykliczne jam session, na które schodzili się jazzmani i rockmani. Spotkałem go tak jak teraz, przy barze. Był rozmowny, piliśmy piwo. Powiedział, że niedługo odpala klub muzyczny. Wylewka na podłogę jest już zrobiona. Teraz popatrzył na mnie zza swojego baru, a potem znienacka strzelił mnie z obu rąk w szyję. Kantem dłoni - z karata. W życiu tak nie oberwałem. Wybuchnął śmiechem, bo to był żart. Ale ja się na nim nie poznałem. Zgłupiałem i zacząłem mu bluzgać po angielsku: you stupid motherfukcer! Jakiś koleś obok siedział przerażony. Czarek się skwasił, zrozumiał, że nie przycelował z dowcipem. Nie przychodziłem potem do Exitu przez jakiś rok. To było trzydzieści cztery lata temu. Teraz siedzimy w taryfie Bolta, którą jeździ. Zaparkował na zakazie przy stacji benzynowej przy Powsińskiej. Mamy pogadać o Exicie. Nagrałem filmik, na którym Czarek pozdrawia klubowiczów. Wrzuciłem go na fejs. Ma pięć tysięcy odsłon i masę komentarzy. W jednym z nich Kazik Staszewski napisał: „Alpy białych gór bywały. Wspominam z rozrzewnieniem”.   



Kreska na dzień dobry       
Nie polubiłem amfy. Kolega wysypał na małym lusterku kreski. Siedzieliśmy w jego białym maluchu pod pubem Moskwa. Moskwa była drugim prywatnym klubem muzycznym, który pojawił się w kilka miesięcy po Exicie. Jest o niej tekst na tym blogu. 
- Co ona jest taka żółta? - zapytałem patrząc na kreski.  
- Jaka żółta?! Przecież to czyściusieńki towar! - żachnął się z oburzeniem. Wciągnęliśmy. Nie spałem oczywiście tej nocy, a gdy następnego dnia po południu jechałem po Marszałkowskiej autobusem linii B, to patrząc na Pałac Kultury czułem, że boli mnie serce. To był nie mój towar. Ale moich kolegów tak. Trzymałem się wtedy bliżej z trzema zawodnikami. Oni polubili spida i Exit. Umówmy się, że to Biały, Czarny i Brązowy. Biały mieszkał obok mnie na Czerniakowie i to on posypał wtedy proszek pod Moskwą, Czarny miał chatę w Śródmieściu niedaleko Placu Konstytucji, a Brązowy był z pekinu na Przyczółku Grochowskim. Grał na perkusji w bardzo znanym zespole rockowym i wjebał się śmiertelnie w herę. Nie żyje od dawna. Biały i Czarny dobiegają dziś do sześćdziesiątki. Obaj pracują na dobrych stanowiskach w korporacjach. - Byłem honorowym gościem. Kiedy przychodziłem, to szliśmy do łazienki, zdejmowane było lustro i sypana była duża kreska amfy - to pierwsze co mówi Czarny, gdy przypominam mu Exit. Kiedy były te kreski pod Moskwą? Zimą 1990 roku.               

Killing Joke
Od Czarka oberwałem pół roku wcześniej. Tego dnia na Torwarze był koncert Killing Joke. To było 28 sierpnia 1990 roku. Pamiętam, bo dzień wcześniej w wypadku helikopterowym zginął legendarny bluesowy gitarzysta i śpiewak Steve Ray Vaughan. Uwielbiam dwie płyty Killing Joke: jedynkę i „Night Time”. To na niej jest „Love Like Blood”, jedyny popowy hit tej brytyjskiej post punkowej kapeli. Pojawiliśmy się na Torwarze z Białym. Na miejscu spotkaliśmy się z Czarnym i Brązowym, który był zachwycony transowymi bębnami Anglików. Koncert wypadł świetnie.  Po nim kolesie z Killing Joke postanowili lepiej obwąchać warszawski klimat i gdy ktoś (nie wiem kto) rzucił hasło wyjazdu do undregroundowego klubu, to byli na tak. Tak z Towaru ruszyła wycieczka do Exitu. Za chwilę wrócimy do taryfy Czarka przy Powsińskiej, ale przedtem o tej imprezie.
Towarzystwo było dziwne. Z jednej strony załoga z drugiej eleganccy ludzie. Głównie w miejscu, w którym stał stół bilardowy. Jak się potem dowiedziałem byli to znajomi ze strony Iwony, kobiety Czarka, która spędziła młodość na dyskotekach w Hybrydach. A skoro do tego doszliśmy, to warto to troszkę rozwinąć. Każda z dyskotek w warszawskich klubach studenckich miała inny flow. Stodoła, dajmy na to, miała charakter ludowy. Mój kolega, który tam chodził opowiadał, że widywał nad ranem jak na Polu Mokotowskim kopuluję ludzie, którzy wyszli prosto ze Stodoły. Wyrwanie dziewczyny na szybki seks w parku, nie było większym problemem. Remont był dyskoteką z najbardziej światowym przelotem. Można było przyprowadzić ludzi z Zachodu, którzy poczuli by się w nim normalnie. O seksie na ulicy nie słyszałem. Hybrydy to był świat szpanerów, popersów, diskomanów. Dorodnych ludzi wyrośniętych na badylarsko-prywaciarskim hajsie jareckich. Wyrwanie małolaty nie było żadnym problemem, korzystali z tego bramkarze, z których co najmniej jeden leczył się w Poradni W. Taką właśnie aspirującą do eleganckiego stylu ekipę zobaczyłem przy bilardzie.



Obyczajowa scena barowa
Czarny, Brązowy i Biały rządzili. Czuli się tu jak w domu. Brązowy wszedł za bar i ustawił kieliszki z wódką. Rozlał flaszkę tak jakby to było jego szkło. Chłopaki z Killing Joke też poczuli się swobodnie. Wokalista Jaz nie wyglądał na post punkowca, a raczej na gościa z Akademii Sztuk Pięknych. Miał luźne ciuchy i torbę na pasku, wyjął z niej tytoń i bibułki, zrobił sobie skręta, usiadł pod ścianą i obserwował sytuację z zaciekawieniem. Jego kolega, nieżyjący już gitarzysta Geordie zaliczył ekranową sytuację przy barze. Geordie to postać w świecie gitary elektrycznej kultowa. Stworzył własny styl gry i wywarł przemożny wpływ na największe gwiazdy ciężkiego rocka. Numery Killing Joke nagrały między innymi Metallica i Foo Fighters. Sytuacja, o której za chwilę rozegrała się pomiędzy nim i parą niezwykle urodziwych osób, żeby dalej było kolorowo: Czerwoną i Zielonym. Zielony ubrał się dziś elegancko, w białą koszulę i czarne dżinsy. Miał piękne długie czarne włosy.  Był wysoki i doskonale zbudowany, wiem, bo kiedyś zaprezentował mi swoje ciało, które co istotne  zawdzięczał nie ćwiczeniom na siłowni, a matce naturze. Jego męska, zdecydowana uroda działała mocno na kobiety. Pracował potem jako model. Czerwona jako modelka. Także taka rozbierana, miała na przykład dwie sesje w Playboyu. To był sex bomba. Czarnowłosa, wybujała, pełna kras kobieta w południowym stylu. Tego wieczoru przyszli do Exitu we dwoje. I była to raczej randka. A jeśli w istocie tak faktycznie było, to była to randka ostatnia. Wszystko popsuł Geordie. Anglik miał klasę. Był dżentelmenem, można go było ubrać we frak i wsadzić w Rolls Royca. Zrobili zresztą potem taki teledysk. Geordie zaczął konwersować z Czerwoną i zrobił to tak zręcznie, że zdobył jej całą uwagę. Zielony był chłopakiem z ulicy i potraktował to jako wrogie wejście na swój teren. Wszedł w ich dialogi i dał sygnał Geordiemu, że ma się odczepić od kobiety, z który przyszedł dziś do klubu. Zalicytował ostro i doszło do konfrontacji. Stanęli przy barze twarzą w twarz. Geordie ani na sekundę nie stracił fasonu i patrząc Zielonemu w oczy zaczął mu wykładać, że cywilizowany świat wygląda jednak inaczej. Mówił longiem przez kilka minut. Zielony spokorniał, spuścił wzrok. Słuchał. Z tym, że chyba nie za bardzo kumając o co chodzi, bo raczej nie znał angielskiego. Czerwona zrozumiała, że jej wybór na dzisiejszy wieczór był błędem i odbiła. Ja patrzyłem na to z ekstremalną satysfakcją. Nie dlatego, że miałem coś do Zielonego. Lubiliśmy się. Chodziło o Geordiego. Od lat słuchałem Killing Joke i zacząłem nawet grać w jego stylu. I teraz nagle ten światowy muzyk stoi przy barze i ustawia Zielonego, który jest przecież znany z tego, że ma legendę street fightera. I gdzie to się dzieje? Na Zaciszu, gdzie psy dupami szczekają! To był konkret. Party skończyło się nad ranem. Było już jasno. Widziałem jak Zielony odjeżdżał siedząc samotnie z tyłu w jakimś maluchu. Od tamtego dnia minęły z grubsza 34 lata. Siedzimy z Czarkiem w jego taryfie, odpalam dyktafon…     

24/7
Od czego zaczęła się historia Exitu?

- Wzięła się z biedy - mówi Czarek. Lekarze powiedzieli, że moja matka jest umierająca. Stwierdzili, że ma raka. Że to pomyłka zorientowali się, gdy rozcięli jej żołądek. To były trudne czasy. Wszystko padało, tak jak teraz. Mieliśmy pierwszą chyba w Polsce kapciarnię i krawiectwo. Konfekcja. Robiłem trochę ciekawych rzeczy, a reszta szła na bazar. To padało, matka umierała, dom był nieskończony. Zadałem sobie pytanie: co ja potrafię? Potrafię  
chodzić po barach i pić wódkę. Pomyślałem więc, że zrobię w domu bar. Przez trzy miesiące kleciłem go z różnych rzeczy. Miałem jednego pracownika. Stolarza, bo sam zajmowałem się trochę na dachach stolarką. Kiedy bar był w połowie zrobiony to bez uprzedzenia pojawił się koleżka, który przyprowadził Killing Joke. Tak to się zaczęło. Jeszcze w trakcie budowy zacząłem sprzedawać alkohol, kotlety i grill.
Nie miałeś problemów w związku z nielegalną sprzedażą alkoholu?
Nie. To było tylko dla znajomych. W domu prywatnym. Nic nie mogli mi zrobić.
Nawet wiedząc o tym, że wieczorem zjeżdżają ludzie z całego miasta.
Robiliśmy swoje. To był szał. Bo to było takie nowoczesne, bo nic nie było, a szczególnie takiego miejsca.
Miejsca z bilardem. 
Z poklejonym plastrami stołem bilardowym. Jedynym w Polsce, bo nigdzie nie było bilarda. Grałem w bilarda, a nie miałem gdzie zagrać i kupiłem zdezelowany stół w Niemczech. Był oblężony dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Jacy przychodzili ludzie?
Różni. Od biznesmenów, polityków po bandziorów. Różne towarzystwa. Grupa aktorska, muzycy. Grubi zawodnicy: Stańko, Sojka. To była mieszanka i wszyscy się kochali. Nie była za bardzo jakiś tam akcji. To byli znajomi, albo znajomi znajomych i tak to się kręciło. Bar działał przez dwadzieścia cztery godziny. Nie wpuszczałem wszystkich. Jak ktoś dzwonił, to patrzyłem przez wizjer i albo otwierałem, albo nie.    
Bar była na parterze, a na pierwszym piętrze mieszkaliście z Iwoną.
Na górze była jeszcze pracownia krawiecka. Na początku barem zajmowałem się tylko ja. Iwona pomagała rzadko. A potem doszło dwóch pracowników. Jak była duża impreza to był bramkarz, bo sam nie dawałem rady. Jak przyszło trzysta osób, to ledwo się mieścili. Nie można było jak przejść.
Picie, palenie, wciąganie, muzyka, bilard…     
I grill. Za barem po środku był grill z wyciągiem pociągniętym w górę przez cały dom. To był grill na węglu drzewnym. Robiłem pierwsze hamburgery i steki. Na poziomie amerykańskim.
Ambasada amerykańska zamawiała u mnie hamburgery. Na jedzenie dużo ludzi przychodziło. Były wszystkie rodzaje mięsa, ryby, szaszłyki. Nie było grilla na węgiel drzewny. A ja węgiel ciągnąłem z Bieszczadów. Miałem tonę węgla drzewnego w komórce. Ja od dziecka smażyłem na węglu, który mi ojciec przywoził z Niemiec. Jedyne kurczaki po diabelsku, czyli na węglu drzewnym były na Koszykach. Była taka budka. I ja stamtąd węgiel miałem. Ale to jeszcze przed Exitem. Ale umiałem to już robić. Weź wydaj sto potraw. Zrobili u mnie wesele punki z Nowego Jorku.
Milo na fejsie pod postem o Exicie napisał: „To było wesele rodzinne z babciami, wujkami, ciociami. Zagrała Apteka, a inne atrakcje sprawiły, że impreza przedłużyła się do trzech dni. Sidney załatwił zupełnie bezinteresownie ponieważ sam pojechał następnie na bajzel. A odwiozła go i przywiozła moja mama, nie wiedząc oczywiście w swej świętej naiwności, co czyni?”. Czarek, powiedz, czy zaczęły się w końcu jakieś jazdy z urzędami, że na nielegalu działasz?       
Byli zszokowani. Było sto pięćdziesiąt osób. Połowa stamtąd i druga stąd. Zrobiłem stosy kotletów, szaszłyki różne rzeczy. Miałem dwa bulteriery: Knaga i Super. Ty już nie widziałeś tych psów, bo ty przychodziłeś później. Chodziły za barem jako ochrona. Lizały to mięso, ale nie jadły i to był taki happening, nie? Taka baba podchodzi i mówi: „Panie, co pan tu robi? Koniec. Ja biorę tu sanepid”. A tu podlatuje pan młody: „Ciociu, ale to tak ma być”.
Zaczęły się jakieś jazdy z urzędami, że na nielegalu działasz?       
To że nielegalnie to chuj, bo potem to było już zarejestrowane. Bez podatku był jakiś okres czasu, dwa lata chyba. Były jakieś kontrole sanepidu. Urząd skarbowy, bo ktoś doniósł.
Jakaś kontrola narkotyczna była. Wjechała policja i mówię: „Jaki handel narkotykami panowie? My tu zarabiamy na czymś innym”. Wiesz jak weszła ostra amfa na rynek, to mi obroty spadły. Ja goniłem tych zawodników z amfą, bo mi interes siadał. Zapierdalali, a nie pili, ani nie jedli. Wiesz jak było, nie? Nie tędy droga. To w tym momencie przymarło. To było tanie i każdy to napierdalał. Ja akurat tego nie napierdalałem.
Przychodziło miasto? 
Wołomin. Ale jak wchodził Wołomin to puszczałem Houk i oni spierdalali. Te ściany nie pomalowane i ten smród to nie było dla nich.
Houk zagrał w Exicie rewelacyjny koncert.    
Oj było parę. Koncert Zgody był zajebisty.
To było coś niesamowitego. Artur Afek grał wtedy na topowym światowym poziomie.
Było Golden Life, She i Apteka i inni. Był Jazz Rock Festiwal. Przez dwa tygodnie codziennie koncert. Jazz i rock. Ludzie przychodzili słuchać muzyki. Samochodów było tyle, że wszystkie ulice były zastawione. Ludzie nie wiedzieli, co tam się w ogóle dzieje.
A co na to wszystko sąsiedzi?
Nic. Do z jednej strony kupił od matki holenderski Kościół Zjednoczony. Z drugiej strony byli sąsiedzi alkoholicy, a dalej sąsiad nieuciążliwy. A ja miałem tak to zamknięte, żeby dźwięk nie wychodził. Ściany były grube, wytłumiłem wnętrze materiałem z pracowni ściany i pozamykałem okna.   
Kolega nasz wspólny powiedział mi, że spędził kiedyś w Exicie 72 godziny.      
Graliśmy w bilarda trzy dni non stop. Pobiliśmy rekord świata. Ja wtedy byłem najlepszy, nikt ze mną nie wygrywał.
W pewnym momencie zespół Apteka stał się rezydentem Exitu.
Nie tylko. Bo jeździliśmy z Apteką na zewnątrz. Pilnowałem, żeby trenowali. Zrobili wtedy postęp. Jak poćwiczyli dwa tygodnie i wyszliśmy na koncert, to byli najlepsi na świecie.
Wysłałem przez znajomą płyty Human i Apteki do Stanów. Do menadżera, który zajmował się też Van Halen. I jemu się strasznie Human spodobał, a Apteka, to mówi, dziwny zespół. Dawaj ich tutaj! Human nie pojechał, bo Kostek nie dał materiału. Z Apteką była inna historia. Zacząłem chodzić koło ambasady, żeby wizy załatwić. Ja miałem wystąpić jako menadżer. I już wszystkie materiały zgromadziłem i Maciek Wanat się zabił w wypadku samochodowym. Grali potem, ale nie było już tego ducha.
Dodam, że Maciek Wanat był perkusistą Apteki.
Janek na gitarze i Maciek mieli taki styl, że nie było na świecie dwóch takich zawodników.
Kodym nie umiał grać wtedy w ogóle na gitarze. Mistrz jednej struny, go nazywałem. Maciek i Janek spali u mnie na górze. Reszta rozpierdoliła się po mieście.
Były jakieś bójki ostrzejsze?
Zdarzało się, ale ludzie raczej szanowali to miejsce, bo ja zawsze mówiłem, że to jest wasze miejsce. To wy tworzycie to miejsce. Była taka ideologia. Poczucie jedności. Z różnych sfer. Od bogatych do biednych. Od polityków do bandziorów. Jedna z najpoważniejszych akcji była wtedy, gdy się zaczęła się szarpać ekipa ze Śródmieścia i Zaciszaki. A ludzi było full. Mówię: stop! Słuchajcie, jeżeli macie jakieś problemy, to weźcie po jednym zawodniku i idźcie na zewnątrz i się napierdalajcie, a potem podajcie sobie ręce. Wyszli. Mały z Zacisza i wielki ze Śródmieścia. Ten mały sprał tego ze Śródmieścia. To był jakiś uliczny zawodnik. Bandziorek, ale przemiły chłopak. Skończyło się na ziemi. Nie mogliśmy go odciągnąć od tego wielkiego. To była taka najpoważniejsza sytuacja. Nie było tego dużo, przez te tyle lat.       
Raz wpadli Cyganie. Chory wtedy leżałem, a pracownik ich wpuścił. Ja mówię, kogo wy wpuszczacie, kolorowych? Mówiłem nie wpuszczać kolorowych, Cyganów, Arabów, bo nie ogarniecie. Wpuścili. Iwona zeszła na dół, wraca i mówi: „Ja pierdolę. Psy chcą zabijać”. Miałem czterdzieści stopni. Schodzę blady na dół i patrzę a Cygan wali głową w kark mojego pracownika Zdzisia. Dostałem pałera. Podobno wziąłem tego Cygana i rzuciłem nim przez salę. Wymiękli. Powiedziałem krótko: wypierdalać. Wyszli i potem się odgrażali, że mnie spalą, zabiją. Więc wziąłem dwóch policjantów na ochronę. Przez jakiś czas nas pilnowali.
Ale to już była końcówka i nie zależało mi jakoś specjalnie. Miałem dość i zamknąłem to, bo nie było obrotów takich, żeby to miało jakiś sens. Nie miałem też już siły. To nie było takie proste. Ile ja się najeździłem po mieście z plakatami. To nie było tak, że to się samo działo. Najlepszy koncert Apteki był wtedy, gdy rozwiesiłem ponad dwieście plakatów. I wiesz ile osób przyszło?
Dwie?
Jedna. Oni z tego wkurwienia najlepszy koncert wtedy zagrali. Innym razem jest koncert, plakaty są rozwieszone, a o dziesiątej ludzi nie ma. Mówię, zawijamy się. O jedenastej jest trzysta osób. A przecież to było tak daleko, że dziwne, że ludzie w ogóle przyjeżdżali.
Jeden autobus był. Także w pewnym momencie zapał wygasł. Nastąpiło zmęczenie materiału.
Już nie dawałem rady. Tego zapachu grilla nie mogłem już znieść.
Ile działał Exit?
Nie pamiętam dokładnie. Parę lat.
Co potem robiłeś?
Dom sprzedałem i miałem chłodnię. Niestety to pierdolnęło. Potem gotowałem. Robiłem przez dwa lata grilla „U Araba” nad Kanałkiem Marymonckim. W TVN o mnie mówili. Robiłem tam pięćdziesiąt potraw z grilla. Kangura, homara, argentyńską wołowinę i żabie udka i tak dalej. Maciej Nowak z „Wyborczej” przyszedł i napisał taką recenzję, że jak zwykle była trójka, czwórka obrotu, to następnego dnia było dwa razy więcej. Odszedłem, bo na kasie walił. Przerzuciłem się na jedzenie wegańskie. Jestem teraz specjalistą od kuchni wegańskiej i zdrowego żywienia. Handlowałem zdrową żywnością na bazarze przy Placu Szembeka, ale zaczęły obroty spadać. Z tysiąca złotych na dwieście. Jak wszystkim, bo te Biedronki i Żabki spowodowały, że bazary zaczynają upadać. A umówmy się, że w Żabce jedna połowa to używki, a druga niezdrowe żarcie.            
Wylądowałeś na taryfie. 
Wylądowałem w korporacji, przed czym broniłem się rękami i nogami. Przechodzę na Ubera,  Bolt tak zaniża ceny, że nie ma to sensu. Zapierdalam po dwanaście, czternaście godzin i mam za to trzy stówy. Przez siedem dni w tygodniu. Na koniec jest za to szóstka. Ale to jest już jak praca na dwa etaty! Co to są za pieniądze?! - pyta się Czarek.     




Bramkarz i gitarzysta     
Co tu dużo gadać. Życie... Wróćmy do kolorowych początków lat 90. Od momentu, w którym dostałem od Czarka minął już jakiś rok. Pojawiam się regularnie w pubie Moskwa. Do Exitu nadal nie jeżdżę. Ale to ma się za moment zmienić. Jestem na to skazany. Aptekarze, którzy grają regularnie w Exicie zwąchali się mocno z Białym, który mieszka rzut beretem ode mnie. Prowadził wtedy dom otwarty i przesiadywali u niego ludzie z załogi. Wszyscy jeździli do Exitu. To Biały grał z Czarkiem przez 72 godziny w bilard i organizował kapele na koncerty. Pewnego dnia po prostu wsiedliśmy do jego malucha i pojechaliśmy. Biały miał włosy do ramion, kolczyki, kilkudniowy zarost, czarne okulary przeciwsłoneczne, dżinsy i lekką skórzaną kurtkę. Dorzucił do tego srebrzyste sygnety, które były wtedy do kupienia w rock shopach i pierwszym salonie Harleya Davidsona przy Powsińskiej. Surowego Orła i groźną trupią czaszkę. Zapakowaliśmy się do auta z Azją. Suką razy owczarek niemiecki,  którą podarował mu Zielony. Z tyłu leżały jakieś głośniki. Były spore, usiadłem więc na nich. Miałem trampki, skórzane spodnie, turystyczną niebieską kurtkę, kolczyki i czarną skórzaną czapkę z daszkiem. Oczywiście, że byliśmy ujarani. THC było immanentną częścią tego lajfstajlu. Paliło się cały czas. Ruszyliśmy Powsińską w stronę Starówki. Transfer na Zacisze przebiegał mostem Śląsko - Dąbrowskim i dalej na wschód Aleją Solidarności. Kiedy dojechaliśmy do zjazdu z Czerniakowskiej w Chełmską (kiedyś taki był), to pod światłami na Chełmskiej stał akurat radiowóz. Biały zauważył policję, puścił kierownicę, odwrócił się w stronę radiowozu i wykonał gest Kozakiewicza. Ta scena dobrze oddawała nie tylko styl tego gościa, ale ducha jaki panował w załodze. Ja stałem trochę w rozkroku, bo studiowałem Prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Ale byłem też gitarzystą rockowym i grałem w zespole Toxix, w którym na bębnach grał Brązowy. Znałem ludzi z załogi z punkowych remontowych czasów. To był mój klimat. Dojeżdżam więc znów do Exitu i widzę, że bar jest wykończony i mamy tu teraz zajebisty klub muzyczny. Wsiąkłem od progu. Nie miałem jeszcze wtedy swojej fury, zacząłem więc z Białym przyjeżdżać regularnie. Koncerty było na 100 %. Warszawska scena rockowa miała świeżego i mocnego kopa. Czarek okazał się być przyjaznym i serdecznym gościem. Pewnego dnia Biały zapytał: „Czy chcesz być w Exicie bramkarzem?”. Moje umiejętności walki wręcz były słabiutkie. Potrenowałem przez ledwie dwa lata w ogólniaku karate. To czego się nauczyłem zrobiło fajną robotę w kilku ulicznych sytuacjach, ale absolutnie nie byłem gotowy na stawienie czoła miejskiemu chaosowi. Zgodziłem się oczywiście. Iwona przyjęła mnie do pracy informując, że dostanę stówę i obiad. Tak w końcu spróbowałem kotletów Czarka. Chodziło o ogarnianie sytuacji na koncertach. Było spokojnie. Raz jednak zaliczyłem interwencję. Sytuacja była surrealistyczna. Otóż tego dnia grały Golden Life i Gardenia. Ten drugi band był z Warszawy i grał rasowego alternatywnego rocka. Śpiewał Radek, długowłosy plastyk i świetny frontmen. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo kilka lat potem zagraliśmy razem bardzo udany koncert. Tego jednak dnia byłem wykidajłą. Gardenia zagrała dobrą próbę, a potem energicznie zabrali się za 0.75 litra. Gdy zeszli się ludzie to byli tak zrobieni, nie wyszli już na scenę. Radek nie mógł się z tym pogodzić i strasznie chciało mu się śpiewać. Na scenę weszło tymczasem Golden Life. Radzio co chwilę podchodził do wokalisty i pożyczał od niego mikrofon. Dośpiewując swoje wokale do numerów Goledenów. W końcu zrobiło się przegięcie i Iwona dała sygnał do interwencji. Podszedłem i powiedziałem: „Stary. Musisz wyjść. Sorry”. Wyszedł potulnie. W jakiś czas potem sam miałem okazję obejrzeć i poczuć Exit ze sceny. Której zresztą nie było, bo grało się po prostu na podłodze. Moim zdaniem takie granie jest najfajniejsze. Zagraliśmy z Toxix. Było trochę ludzi, publiczność siedziała przy stołach i słuchała. Czarek stał za barem i patrzył. Pamiętam jego zaskoczone spojrzenie.    
 
Poleciały zęby
Zakończmy opowieść o Exicie sceną bójki. Po tym jak opublikowałem na fejsie filmik z Czarkiem kolega z Żoliborza przysłał mi takie story: „Akcja w Exicie zaczęła się chyba od tego, że kolega przystartował do jakiejś dziewczyny. Coś sobie ubzdurał i poszło. W tym czasie w sali bilardowej grali jakieś mocne gangusy. Chyba z Wołomina. Podszedłem do nich i mówię: Panowie, zaraz będzie dym, bo chcą bić naszego kolegę. Czy to któryś od was? Jeżeli tak to przepraszamy, a jeżeli nie to pozwolicie, że zrobimy mały raban. Jeden z nich wyszedł z salki spojrzał i powiedział, że to nikt od nich i możemy działać. Dodał tylko, żeby im nie przeszkadzać i pokazał mi klamkę. Zasunął kotarę, a my zaczęliśmy napierdalankę. Cały barek poszedł w pizdu, kilka zębów wybitych, barman znokautowanyy. Trwało to 10 minut, w bójce brało udział 15-20 osób. Na koniec kolega wlazł za bar, wziął kratę piwa i zaczął napierdalać browarami za baru. Mnie ktoś gazem potraktował. A gangusy dokończyły grę bez ingerencji. Lokal demolka, barman stracił kilka zębów. Dlatego, że stanął po stronie tamtych”. Po naszym koncercie Exit podziałał jeszcze przez jakiś czas. A kiedy zniknął, to Czarek i Iwona zaczęli się pojawiać regularnie u Białego na Sadybie. Zaczęła się nowa jazda. Bardzo konkretna. Ale to już zupełnie inna historia.           
 




 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zostają melodie. Historia dymu z faszystami pod Krokodylem.

Poranek w sopockich koszach

Opowieść o Pubie Moskwa